Przystawka gomae ze szpinakiem i kapustą
oraz japońska whisky

Japońska przystawka Gomae

Niemal każdy dzień spędzony w tętniącym życiem Tokio, zmuszał nas do nieustającej aktywności w postaci zwiedzania, smakowania, delektowania się, fotografowania, chłonięcia zapachów, dźwięków, smaków, widoków (jakkolwiek to abstrakcyjnie brzmi gdy dotyczy tak dużego miasta). Po jednym z takich dni, który był wypełniony od rana do wieczora włóczeniem się po stolicy Japonii postanowiliśmy wraz z dwójką innych, przybyłych z dalekiego kraju gajdzinów, wybrać się na ciepły, sycący posiłek…

Tutaj trzeba nadmienić, że w tym konkretnym wypadku poszliśmy na łatwiznę bo był to niemal pierwszy z brzegu lokal w pobliżu naszej kwatery. Być może mieliśmy też w pamięci wcześniejszy dzień (a w zasadzie wieczór) kiedy to kompletnie straciliśmy poczucie czasu spacerując gdzieś w okolicach Roppongi i „umknęło” nam ostatnie metro. Tak czy inaczej, po krótkim spacerze uliczkami dzielnicy Chiyoda natknęliśmy się na niepozorny, mały lokal sprawiający przyjemne i „autentyczne” wrażenie (czytaj: posiadał tylko japońską Klientelę)…

Nieśmiało weszliśmy do gwarnego pomieszczenia jednakże właściciel przybytku z charakterystyczną japońską uprzejmością (składając ręce w wyrazie żalu i kłaniając się kilka razy) poinformował nas grzecznie (na migi + skromny wokabularz języka angielskiego składający się mniej więcej z 2-3 słów), że wszystkie miejsca są zajęte, a poza tym zbliża się godzina zamknięcia lokalu. Tego wieczoru zmuszeni więc byliśmy poszukać innego miejsca, a lokal ten postanowiliśmy nawiedzić ponownie innym razem. A ten „inny raz” zdarzył się bardzo szybko bo już kolejnego wieczoru. Tym razem znalazły się dla nas miejsca w postaci taboretów dostawionych do starej skrzyni, która robiła za nasz stół.

Rozmowa z właścicielem (a właściwie próba złożenia zamówienia) jakoś nam się nie kleiła, gdyż nasz japoński oparty był na kilku zwrotach grzecznościowych i niepełnej gamie liczebników, zaś szef lokalu panował nad swoim angielskim w stopniu jeszcze mniejszym. Dostępne menu zredagowane było tylko i wyłącznie za pomocą znaków kanji i katakany, a dodatkowo pozbawione było zdjęć, tudzież obrazków wszelakich., które to często jednak w lokalnym menu goszczą ułatwiając składanie zamówienia przybyszom z innym krain.

Częściowo na migi, a częściowo metodą hasłowego rzucania różnych angielskich słów udało nam się dojść do porozumienia w temacie znaczenia wyrazu „whisky”. Po usłyszeniu tej nazwy właściciel nagle rozpromieniał (może z ulgi, że wreszcie osiągnęliśmy nić porozumienia). Podana z lodem i w klimatycznych czarkach whisky okazała się przepyszna (a warto dodać, że z reguły wolę inne alkohole), ale dla mnie osobiście bardzo interesująca okazała się przystawka, którą otrzymaliśmy wraz ze wspomnianym trunkiem.

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Przystawką, którą otrzymaliśmy przed daniem głównym (opis dania głównego zasługuje na odrębną opowieść) była miseczka z czymś zielonym i dziwnie wyglądającym… Tajemniczy specjał również okazał się bardzo smaczny. Wspólnymi siłami rozszyfrowaliśmy jego skład, a następnie udało mi się dowiedzieć, że danie to nazywa się Gomaae.

Goma-ae (胡麻和え), pisana również jako Gomaae lub Gomae to – jak się okazuje – jedna z popularniejszych japońskuch przystawek. Danie przyrządzane jest z gotowanych warzyw oraz dressingu sezamowego (goma znaczy po japońsku sezam, zaś ae – sos). Istnieje kilka rodzajów potraw gomaae z wykorzystaniem różnych gotowanych warzyw. Najbardziej popularny jest szpinak, jak również zielona fasolka.

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Wspomniany lokal odwiedziliśmy ponownie dwa dni później. Piszę o tym, jako dowód, że wszystko tam było przepyszne. Podczas drugiej wizyty również nie było wolnych miejsc, ale „szefo” widząc nasze zmartwienie szybko zorganizował nam cztery siedzenia. Bezcenny był wzrok Japończyków, którzy patrzyli, jak szef lokalu organizuje naprędce prowizoryczny stolik będący tak naprawdę niewielką skrzynką, do tego zgarnia z zaplecza małe taborety i ustawia wszystko przed lokalem, tuż przy samym chodniku. Czuliśmy się trochę niezręcznie, ale wyjątkowo, gdyż mieliśmy poczucie, że właściciel lokalu zauważył i docenił naszą radość i zachwyt nad serwowanymi daniami.

Jeśli będziecie kiedyś w Tokio serdecznie polecam Wam wizytę w tym sympatycznym lokalu.

九州屋台劇場 半蔵門店
KYUUSYUUYATAIGEKIJOU HANZOUMONTEN
adres: 2-16, Hayabusacho, Chiyoda-ku, Tokyo, 102-0092
tel.: 03-3263-9898
Subway Hanzomon Line Hanzomon Station, Wyjście nr 1, około 1-minutowy spacer

Z Japonii wróciłam z butelką japońskiej whisky oraz inspiracją do przygotowania przystawki gomae, która moim zdaniem idealnie pasuje do tego trunku.

Przepis zaczerpnęłam ze strony www.japan-guide.com jednakże zmodyfikowałam odrobinę składniki, gdyż wersja, którą jadłam w Japonii poza szpinakiem zawierała także gotowaną kapustę.

Przepis na gomaae ze szpinakiem i kapustą

Składniki:
/przystawka dla dwóch osób/

  • 150g świeżych liści szpinaku
  • 1 łyżka pasty miso (pasta sojowa)
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżka ziaren białego sezamu
  • 1/2 łyżki sake (japoński wino ryżowe)
  • 3 liście kapusty

Sposób przygotowania:

  1. Umyj liście kapusty oraz szpinak.
  2. Zagotuj wodę i umieść w niej liście kapusty. Gotuj je przez około 20 minut aż staną się miękkie. Następnie włoż szpinak i gotuj przez około minutę (uważaj, aby go nie rozgotować!).
  3. Schłodź szpinak i kapustę pod zimną wodą. Następnie osusz warzywa z wody.
  4. Pokrój szpinak na kawałki o około 3 cm długości, a kapustę w kosteczkę.
  5. Przygotuj sos: Zmieszaj pastę miso z cukrem, ziarnami sezamu i same i całosć dobrze wymieszaj.
  6. Wymieszaj warzywa z sosem i podawaj w małych miseczkach (najlepiej ze szklaneczką whisky).

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

Japońska przystawka Gomae

20 Comments

  1. AnnaA-G
    29 czerwca 2013

    Musi smakować wybornie:) sake piłam, jakoś nie przepadam, w jednym lokalu piłam na ciepło, czy rzeczywiście sake podaje się na ciepło czy raczej w wersji chłodnej? P.S. Śliczne miseczki:)

    Odpowiedz
    1. Marta
      30 czerwca 2013

      Ja również preferuję inne rodzaje alkoholu Myślę, że temperatura, w jakiej podaje się sake może być trochę warunkowana aktualną porą roku. Pewnie trzeba by zapytać miejscowych, która wersja jest bardziej popularna
      Te miseczki zakupiłam na targu Tsukiji. Wybór nie był prosty, bo było ich naprawdę dużo, ale te szczególnie mi się spodobały i pomyślałam, że idealnie nadadzą się między innymi do zaprezentowania na blogu
      Pozdrawiam.

      Odpowiedz
  2. Hitori
    29 czerwca 2013

    Super historia. Niby drobiazg, moment z życia wzięty, bo zdawac by się mogło,że to tylko zwykła wizyta w lokalnej knajpce ale to nie – „tylko”, to „AŻ” które pozostaje i do którego powraca się z ciepłym uśmiechem na ustach :). Czekam na opowieść z grzanym sake teraz

    Odpowiedz
    1. Marta
      30 czerwca 2013

      Jak to trafnie ujęła Pola, właśnie dla takich momentów i wspomnień warto podróżować
      Co Ty się uczepiłeś tego sake? Smakowało Tobie czy wręcz przeciwnie?
      Opowieści z sake niestety nie planuję, ale być może pokuszę się o napisanie czegoś o japońskich, pysznych drinkach i wszechobecnych w Tokio automatach z napojami…

      Odpowiedz
  3. Pola
    30 czerwca 2013

    Dla takich momentów warto podróżować zdjęcia piękne, aż trudno odróżnić gomae, które jest z Japonii a które zostało przygotowane w Polsce!

    Odpowiedz
    1. Marta
      30 czerwca 2013

      Dzięki W smaku też wyszło bardzo podobne – abstrahując od naszych ostatnich rozważań, że w podróży te same dania czy produkty smakują inaczej…

      Odpowiedz
  4. Ruda
    1 lipca 2013

    no, własnie- w naturalnej temperaturze, wilgotności powietrza, wśród oryginalnych zapachów, dźwięków, głosów dochodzących ze stolika obok wszystkie dania smakuja inaczej jednak.
    Zrobione własnoręcznie, po powrocie w domu są wspomnieniem, jakąs namiastka tamtej atmosfery, budując jednoczesnie zupełnie nowe doznania, nowe doświadczenia.
    A korzystając z Twoich przepisów i realizując je w swoim domu wchodzisz do naszego zycia i jestes z nami przy stole
    Dziekuję Ci za to

    Odpowiedz
    1. Marta
      1 lipca 2013

      To wspaniałe, co napisałaś o przywoływaniu smaków, zapachów i innych wrażeń
      Próba odtworzenia dań poznanych w podróży to podobnie jak pisanie, czy fotografowanie, jedna z metod utrwalania tych doświadczeń, jak również dzielenia się ich namiastką z innymi.
      Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam!

      Odpowiedz
  5. Magda
    1 lipca 2013

    Super zdjęcia! I piękne miseczki sobie zakupiłaś Ja póki co ograniczam się do pamiątek z 100 yen shop I tak szczerze, jeszcze nie próbowałam żadnego alkoholu w Japonii. Kiedyś w Polsce mój pierwszy nauczyciel japońskiego przyniósł nam na spróbowanie coś, co nazwał „sake”, ale nie było to shochu (a może właśnie shochu?), tylko wino ryżowe i było najlepsze na świecie. Jeśli zostanie mi jeszcze jakaś kaska, to na pewno zakupię coś na kształt tego przed wylotem.
    O i odnośnie napojów! Wczoraj próbowałam octu, który Japończycy piją. Jeden był chyba z jagód a drugi z jakichś cytrusów. Rewelacja! Niby czuć posmak octu, ale ogólnie tak kwaśny, jak uwielbiam Też zamierzam sprawić sobie taką pamiątkę

    Odpowiedz
    1. Marta
      1 lipca 2013

      Interesujące z tym japońskim octem. Nie miałam okazji go spróbować na miejscu, ale z Twojego opisu wynika, że musi być rzeczywiście pyszny i wart przywiezienia w formie pamiątki
      Poza tymi miseczkami i pałeczkami to inne suweniry, które przywiozłam były stricte kulinarne – whisky, suszone krewetki i rybki, zielona czekolada, herbata itp.

      Odpowiedz
  6. Aga
    3 lipca 2013

    Przepięknie to wszystko wygląda, można jeść wzrokiem i nawet przez myśl człowiekowi nie przejdzie, żeby coś mogło nie smakować
    Sam przepis bardzo kuszący, ale najpierw pochłaniam chińskie jedzonko które udało się przywieźć:) Gdybym tylko mogła to pewnie przytargałabym cały kontener pyszności… Ty z Japonii pewnie też

    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. Marta
      6 lipca 2013

      Znam osoby, którym wiele dań w Japonii nie przypadło do gustu, ale mi smakowało wszystko, czego udało mi się spróbować.

      Ciekawa jestem, co takiego ciekawego przywiosłaś ze swojej podróży!

      Tak, jak również przywiozłabym kilka walizek japońskiego jedzonka – szczególnie suszonych rybek i krewetek oraz słodyczy o smaku zielonej herbaty…
      Pozdrawiam!

      Odpowiedz
      1. Aga
        6 lipca 2013

        Nie wiem czy ciekawe ale udało mi się przywieźć np. marynowane tofu na ostro, bambus również w pikantnej zalewie, suszone mięsko z Makao… przemyciłam również smoczy owoc, kacze żołądki, bazę do huo guo, troszkę przypraw oraz obowiązkowo herbatę i prawdziwe zupki chińskie

        Odpowiedz
        1. Marta
          6 lipca 2013

          Wow! Imponujący zestaw! Intrygujące są szczególnie te kacze żołądki – nie miałam okazji spróbować. Widzę, że chińska kuchnia naprawdę przypadła Tobie do gustu To teraz chyba powinnaś przygotować hot pot… A może po takich ciekawych kulinarnych wrażeniach pora na własnego bloga?

          Odpowiedz
          1. Aga
            7 lipca 2013

            Oj blog to chyba nie… ale chińskie jedzonko reczywiście pokochałam.

            Co do kaczych żołądków, to nie są jakieś wybitne w smaku, ale pakowane pojedynczo w malutkie folijki z dużą ilością chińskich znaczków fajnie się nadały na mini prezenty dla znajomych. Każdy miał obawy przed zjedzeniem, bo nie miał absolutnie pojęcia co to jest
            Tak w ogóle kacze żołądki miały być kaczymi językam, ale to już całkiem inna historia… nie będę już Cię zanudzać

            Pozdrawiam!

          2. Marta
            7 lipca 2013

            Nigdy nie mów nigdy
            Wcale mnie nie zanudzasz! Chętnie bym się dowiedziała więcej o Twoich wrażeniach z Chin i tamtejszym jedzeniu.
            Fajne są takie odrobinę kontrowersyjne suweniry Kacze języki brzmią jeszcze bardziej osobliwo…

  7. Aga
    8 lipca 2013


    Dobrze, to jak znajdę chwilkę czasu i weny do pisania to naskrobię parę słów:) Troszkę już się u Poli rozpisałam przy poście ‚Po studencku, po japońsku’ więc jak będziesz miała ochotę to zapraszam na TnP

    Odpowiedz
  8. Ania
    12 lipca 2013

    Ale super, zamawiać i nie wiedzieć co się zje! Uwielbiam takie kulinarne przygody:) (póki na stole nie pojawi się jakiś piesek, czy inne mrówki). Niemniej jednak Japonia „kręci mnie” właśnie dla takich odkryć, jak Wasze, czyli knajpek gdzie ni jak się idzie dogadać i zrozumieć kartę. Rewelacja!

    Odpowiedz
    1. Marta
      13 lipca 2013

      Dokładnie Zawsze to dodatkowy dreszczyk emocji, gdy nie jest się pewnym, co się dostanie na talerzu.

      Odpowiedz
  9. Paula
    5 sierpnia 2013

    Slyszalam o problemach Japonczykow z angielskim. Lokal wyglada naprawde egzotycznie i niesamowicie. A szpinak uwielbiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *