Rzymski spór o najlepszą kawę na świecie

Kocham kawę, więc wizyty we Włoszech są dla mnie wspaniałą okazałą do odwiedzin wielu kawiarni i barów, które są tutaj nie tylko miejscami spożywania kawy w malutkich filiżankach, ale także symbolem włoskiego stylu życia.

Większość z takich lokali wygląda bardzo podobnie i nie wyróżnia się na tle innych niczym szczególnym. Istnieją jednakże w Rzymie dwa bary, które są wyjątkowe, gdyż konkurują ze sobą, a walka ta jest brutalna i dobrze znana od dawna.

Każdy miłośnik kawy odwiedzający Wieczne Miasto powinien udać się do obydwu lokali i spróbować poddać własnej ocenie serwowane w nich napoje. Szczególnie, że oba miejsca oddalone są od siebie o kilka minut spaceru (znajdują się po przeciwnych stronach Panteonu).

Rywalizacja dotyczy Tazza D’Oro Coffee oraz Sant’Eustachio Il Caffe. Oba lokale szczycą się najlepszą jakością składników oraz sposobem przygotowania uwzględniającym odpowiednie palenie ziaren kawy, stosowaniem wody o odpowiedniej zawartości minerałów oraz temperaturze itp. Opinie dotyczące obu kawowych przybytków jakie można znaleźć w Internecie są dość zbliżone podobnie jak liczba zagorzałych fanów każdego z nich.

Bar Tazza D’Oro został założony w 1946 roku, zaś Sant Eustachio il Caffe w 1938, ale upływ czasu nie wpłynął znacząco na ich wygląd.
W pierwszej kolejności trafiamy do Tazza D’Oro, gdyż sam lokal jest dużo łatwiejszy do znalezienia za sprawą swojego strategicznego położenia tuż przy Panteonie. Pierwsza próba zamówienia kawy okazuje się jednak nieudana, z uwagi na tłum azjatyckich turystów szczelnie wypełniający kawiarnię po brzegi. Postanawiamy zatem udać się do konkrurencji, a do Tazza D’Oro wrócić nieco później.

Chwilę kluczymy wąskimi uliczkami, ale w końcu udaje nam się odnaleźć niepozornie wyglądającą, niewielką kawiarnię położoną przy małym placyku. Być może dzięki nieco mniej dogodnej lokalizacji miejsce to jest spokojniejsze i bardziej kameralne w porównaniu z Tazza D’Oro, co nie oznacza, że kawę można dostać od ręki, zatem musimy odstać chwilę w kolejce do kasy. Zamawiamy specjalność lokalu czyli Gran Caffe (podwójne espresso), które kosztuje 2,60 EUR i z paragonem podchodzimy do baru.

Sant’Eustachio Il Caffe

Sant’Eustachio Il Caffe

Należy wiedzieć, że jeśli zdecydujemy się na korzystanie ze stolików wystawionych na zewnątrz lokalu, to musimy być gotowi na zapłacenie dodatkowych kilku euro za taką wygodę. Zdecydowanie lepiej więc wypić kawę w sposób typowy dla większości Włochów czyli stojąc przy barze, a jednocześnie poprzyglądać się pracy baristów, która wygląda niczym magia. Cały proces przygotowania i podania kawy odbywa się w takim tempie, że dziwię się, jak ta zastawa i sztućce nie spadają z lady. Momentami wygląda to nadzwyczaj zabawnie.

Po chwili na ladzie przede mną ląduje kawa z brązową gęstą pianką na wierzchu (zwaną crema), która zajmuje około 1/3 filiżanki.
Napar jest mocny w smaku i bardzo słodki. Barista przed podaniem kawy pyta, czy życzę sobie cukier (zucchero) czy też nie. Lubię mocno posłodzoną „małą, czarną”, więc ilość cukru wsypana do filiżanki mi nie przeszkadza. Intensywny smak naparu uderza w moje kubki smakowe i od pierwszego łyka jestem pewna, że Tazza D’Oro ma wysoko postawioną poprzeczkę…

Sant’Eustachio Il Caffe

Sant’Eustachio Il Caffe

Sant’Eustachio Il Caffe

Po wypiciu całej filiżanki czuję się niemal jak po kieliszku niezłego wina. Odzyskuję jednocześnie energię niezbędną do dalszego zwiedzania miasta.

Mija kilka godzin i postanawiamy wrócić do Tazza D’Oro. Klientów nadal jest sporo, ale nie jest to już tłum tak odstraszający jak przed południem, zatem ustawiamy się w kolejce do kasy. Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem jest cena – 0,90 EUR to rozsądna kwota za filiżankę mocnego espresso. Zasada jest podobna jak w Sant’Eustachio – płacimy i z paragonem ustawiamy się przy barze.

Tazza D'Oro

Tazza D'Oro

Tazza D'Oro

Tazza D'Oro

Pierwszą zauważalną różnicą jest to, że w Tazza D’Oro cukier do kawy wsypuje się samemu, zaś pianka pokrywająca espresso jest niewielka. Aby walka była uczciwa, dodaję więc do maleńkiej filiżanki pokaźną ilość cukru.
Nadchodzi chwila prawdy…

Tazza D'Oro

Decyzja nie okazuje się taka prosta, gdyż kawa w Tazza D’Oro jest… po prostu inna. Po dłuższym zastanowieniu i wypiciu kawy do końca uznaję jednak, że zostaję fanką „drużyny jelenia” (Sant’Eustachio ma w logo wizerunek jelenia).

Podobno im grubsza crema, tym mocniejszy napar. Jeśli więc oceniać kawę po ilości pianki oraz odczuwalnej mocy to bez wątpienia wygrywa Sant’Eustachio. Co do smaku kawy to pewnie kwestia gustu, ale ta w Sant’Eustachio satysfakcjonowała mnie bardziej. Z pewnością jednak każdy miłośnik tego trunku odwiedzający Wieczne Miasto powinien odwiedzić oba miejsca, dokonać porównania i spróbować opowiedzieć się za jedną ze stron.

Jeśli chodzi o sposób słodzenia kawy to moim zdaniem w tym temacie również wygrywa Sant’Eustachio. Wychodzę mianowicie z założenia, że nie bez znaczenia jest, ile cukru wsypie się do kawy i w jakim czasie się to zrobi przed jej podaniem. Dlaczego właśnie wolę pozostawić to w gestii baristy nawet jeśli ilość cukru może się wydawać nieco większa od tej, którą ja sama bym dodała.

Podobno w Tazza d’Oro warto spróbować Granita di Caffe con Panna, której smakiem zachwyca się bardzo wiele osób odwiedzających ten lokal. Granita to słodzone mrożone espresso poprzekładane warstwami bitej śmietany. Taka kombinacja wydaje się doskonałym deserem na gorące popołudnie. Z pewnością następnym razem spróbuję…

Tymczasem jestem zdania, że Gran Caffe w Sant’Eustachio to najlepsze espresso, jakie piłam
do tej pory.

Tazza D’Oro
Via degli Orfani, 84 (Pantheon)
00186 Rome, Italy
www.tazzadoro.it

Sant’Eustachio Il Caffè
Piazza Sant’Eustachio 82
00186 Rome, Italy
www.santeustachioilcaffe.it

28 Comments

  1. Pola
    25 lutego 2013

    może będę miała się okazję przekonać dnia pewnego, czy również jestem w drużynie jelenia
    Hmm… tak sobie myślę, że zamawianie espresso we Włoszech to musi być przyjemność sama w sobie…

    Odpowiedz
    1. Marta
      25 lutego 2013

      Zgadza się, już sam proces zamawiania espresso, a potem patrzenia jak powstaje jest miłym doświadczeniem. Równie interesujące jest stanąć z filiżanką gdzieś z boku i przyglądać się życiu, jakie toczy się w takim miejscu – szczególnie z rana, gdy do baru wpadają stali klienci na ekspresowe la colazione, czyli śniadanie po włosku…

      Odpowiedz
  2. Maciek
    25 lutego 2013

    Kurcze ja chce znowu do Italy. Wcale mi nie ułatwiasz życia takimi relacjami Koleżanko z sąsiedniego biurka :)))

    Odpowiedz
    1. Marta
      25 lutego 2013

      Pocieszę Cię, że ja też chcę W sumie urlopu jeszcze trochę jest, przeloty da się znaleźć, więc nic nie stoi chyba na przeszkodzie…
      Ps. Spodziewam się, że po Japonii to samo napiszesz…

      Odpowiedz
  3. Maciej
    25 lutego 2013

    Aaaaaaaa!!!! To byl cios ponizej pasa. Teraz jeszcze mi Kraj Kwitnacej wisni bedzie przypominac! Odwdziecze sie… jak tylko sie w koncu zdecyduje gdzie teraz

    Odpowiedz
    1. Marta
      26 lutego 2013

      Jeszcze Ci pewnie kilka razy przypomnę, bo być może się pojawią jakieś pytania
      Zastanawiaj się, zastanawiaj, bo umieram z ciekawości, co tym razem wymyślisz.
      A może dla odmiany coś mniej ‚egzotycznego’? Norwegia?

      Odpowiedz
  4. Maja
    27 lutego 2013

    Pani Marto, cóż za niesamowity pomysł na bloga, fantastyczne pomysły i nietuzinkowo napisany tekst o jednym z najniezwyklejszych smaków i aromatów. Proszę, jeśli mogę, by nie poprzestawała Pani i pisała dalej.Z uwagi na studia wiele czsu spędziłam w Rzymie i z przyjemnością powrócę do rzymskiego stylu życia i gustów.Dziękuję i czekam na jeszcze, pozdrawiam.Maja.

    Odpowiedz
    1. Marta
      27 lutego 2013

      Witam nową Czytelniczkę i bardzo dziękuję! To miłe co Pani napisała i motywujące do dalszej pracy nad blogiem. Oczywiście nie planuję przestawać pisać, a nowych pomysłów wciąż mi przybywa – tylko jak zwykle doba jest trochę za krótka i urlopu brakuje
      Zazdroszczę Pani możliwości spędzenia większej ilości czasu w Rzymie. Byłam tym miastem bardzo pozytywnie zaskoczona… Niebawem na blogu pojawi się relacja z mojego krótkiego pobytu – będę wówczas wdzięczna za Pani komentarz i opinię

      Odpowiedz
      1. Pola
        4 marca 2013

        A może uda Ci się zaczarować dzień któryś, żeby był dłuższy? Czekamy na włoskie opowieści

        Odpowiedz
        1. Marta
          5 marca 2013

          Dzięki za motywowanie mnie do pisania Relacja już prawie gotowa, więc proszę o jeszcze chwilę cierpliwości

          Odpowiedz
  5. peregrino
    5 marca 2013

    ale fajnie to opisałaś czyta się jednym tchem a to zdjęcie z Panteonem wynurzjacym się za zaułka w tle jest świetne

    .. no tak Tazza D’Oro ‚El Mejor Del Mundo’ można tylko pozazdrościć skromności hihi :^)) … a ta szybkość parzenia, podawana, i picia kawy jest po prostu espresso :^)) .. dla mnie to bariści na stacjach kolejowych we Włoszech są mistrzami .. nawet nie ma kontaktu wzrokowego nie ma na to czasu .. to doświadczenie z innej galaktyki niż Starbucks gdzie można sobie usiąść na godziny całe a niektórzy zamieniają na biuro :^))

    .. a jak wspomniałaś o Piazza dell Rotonda to rzut beretem jest kościółek San Luigi dei Francesi a w nim Powołanie Św Mateusza niesamowite płótno Caravaggia .. on choć pochodził z Bergamo na północy to jak dla mnie oddaje swoim życiem i sztuką klimat Rzymu – światło/cień czy sacrum/profanum

    no i nie sposób nie pamiętać tego filmu tu poniżej .. jedna ze scenek była właśnie na Piazza della Rotonda

    http://www.youtube.com/watch?v=UMkw7wmlaUk

    Odpowiedz
    1. Marta
      5 marca 2013

      Cieszę się Piotrze, że przyjemnie Ci się czytało opis moich kawowych, rzymskich doświadczeń
      To prawda, że nie tylko smak, ale także atmosfera panująca we włoskich barach jest często jak z innej galaktyki Wszystko dzieje się w niesamowitym tempie. Co chwila za barem pojawiają się nowi klienci, którzy zazwyczaj na stojąco (często też nie ma gdzie siadać momentalnie spożywają swoją kawę, po czym odstawiają filiżankę, mówią „Grazie!” i wychodzą.
      Jak słusznie zauważyłeś w Polsce wygląda to inaczej. Ogólnie słowo „bar” ma inne konotacje, a do typowej kawiarni nie wpada się po to, aby na szybko, niemalże w biegu, bez siadania, czekania, kontemplowania i tracenia czasu wypić kawę i wyjść

      Dzięki za wzmiankę o San Luigi dei Francesi oraz filmik

      Odpowiedz
      1. peregrino
        5 marca 2013

        tak tempo ‚espresso’ jest zawrotne .. i ten system, że najpierw płacisz -> paragon-> espresso sprawia, że to tempo nie ustaje .. bo płacenie/drobne nie opóźnia :^)) … chyba jednak wolę leniwą kawiarnie/herbaciarnie jeśli miałbym wybrać … a wspomniałaś, że lubisz biegać .. ‚odkryłem’ kiedyś i teraz jest to moim ‚nałogiem’ by brać ze sobą buty do biegania i odzież w podróż (nawet a raczej właśnie służbową) by potem poznać miasta biegając zazwyczaj rano (nawet tylko parę kilometrów) .. wiele hoteli ma nawet pomocne mapki … moje najlepsze wspomnienia są z Kopenhagi, Florencji i Sydney ale było miło także w innych miastach .. bardzo polecam :^) .. będe wyglądał Twoich nowych zdjęć, spostrzeżeń, i smacznych dań :^) pozdrowienia

        Odpowiedz
        1. Marta
          5 marca 2013

          Tak, rzeczywiście bardzo lubię biegać Na pomysł zabierania ze sobą w podróż stroju i butów do biegania wpadłam już jakiś czas temu, ale jak do tej pory nie udało mi się tego zrealizować, gdyż ostatnio zazwyczaj latam tylko z bagażem podręcznym, w którym brakuje mi miejsca na tego typu przedmioty Pomysł jest jednak świetny i chętnie zrealizuję go przy najbliższej okazji. Bieganie po Kopenhadze, Florencji czy Sydney brzmi zachęcająco. Ja najbardziej ubolewam nad brakiem butów do biegania, gdy jestem w Norwegii, bo trasa w Bergen prowadząca na wzgórze Fløyen albo w Stavanger wokół jeziora Mosvatnet to dla mnie idealne miejsca do tego typu rekreacji.

          Odpowiedz
          1. peregrino
            5 marca 2013

            widziałem Bergen tylko na zdjęciach i jest przepiękne .. niestety nie miałem tam ani do Stavanger nigdy zawitać :^(.. dawno dawno temu jeszcze w ‚porzedniej epoce’ przejechałem Norwegię stopem od północy do południa i zatrzymałem się Tromso a potem Namsos – to przepiękny kraj .. może kiedyś powrócę tam motocyklem i pojadę aż do Tromso … buty nie są takie wielkie do zapakowania :^)) … fajnie, ze biegasz .. pozdrowienia

          2. Marta
            6 marca 2013

            Bergen to moje ulubione norweskie miasto – polecam! Jak do tej pory podróżowałam głównie po południowej Norwegii, ale już układam plan na północ. Tromso również chciałabym zobaczyć, zaś główne cele to Lofoty, Narwik i Nordkapp Podróż po Norwegii jednośladem (zarówno rowerem, jak i motocyklem) to również dobry pomysł.
            A z butami to pomyślę…

  6. peregrino
    6 marca 2013

    na Lofotach niestety nie byłem a pamiętam, że są tak piękne, że rodzina królewska tam właśnie spędza wakacje …Narvik pamiętam dobrze .. znalazłem pomnik polskich marynarzy z ORP Grom .. nawet się chyba zrobiło się wilgotno w oczach kiedy myślałem, że nasi (i marynarze i Strzelcy Podhalańscy) tam właśnie oddali życie za Polskę aż za kołem podbiegunowym

    Odpowiedz
    1. Marta
      7 marca 2013

      Lofoty to moje marzenie, a do Narviku bardziej ciągnie mojego Męża, więc będziemy się starali jakoś te plany pogodzić i odwiedzić oba miejsca podczas jednej podroży na północ Norwegii

      Odpowiedz
      1. peregrino
        7 marca 2013

        życzę Wam inspirującej podróży jest tam naprawdę coś magicznego w Norwegi pozdrawiam serdecznie i wyglądam nowych opowieści :^)

        Odpowiedz
  7. Magda
    7 marca 2013

    Świetny opis, czyta się z przyjemnością. I pierwsza kawa wygląda jednak na smaczniejszą ze względu na tę ilość pianki

    I przeglądając poprzednie komentarze zainteresowała mnie jedna rzecz – czyżbyś wybierała się w tym roku do Japonii? Jeśli tak, to udajemy się w tym samym kierunku Ja wylatuję w drugiej połowie czerwca. W końcu spełnię moje wielkie marzenie o podróży do Japonii

    Odpowiedz
    1. Marta
      7 marca 2013

      Ja również uważam, że wygląd pierwszej kawy jest bardziej zachęcający

      Tak, wybieram się do Tokio pod koniec maja Odkryłam, że Ty również udajesz się w tym kierunku, bo widziałam Twój komentarz (poznałam avatara) na f4f (albo loterze – nie pamiętam) pod wpisem o promocji Emirates Miałam do Ciebie pisać w tej sprawie, żeby się upewnić, czy to byłaś Ty… Będziemy w takim razie mogły się wymienić wspomnieniami i mam nadzieję, że również zamieścisz coś na swoim blogu

      Odpowiedz
      1. Magda
        7 marca 2013

        A to niespodzianka – nie sądziłam, że ktoś mnie rozpozna na f4f Fajnie. Oczywiście, wymienimy się potem wrażeniami i jak najbardziej zamierzam zamieścić na blogu coś z Japonii Tak naprawdę wyjazd już planowałam od października, a promocja Emirates akurat mi podpasowała. Kurs jena póki co też nam sprzyja – tylko korzystać

        Odpowiedz
  8. Renata Pawlowska
    17 kwietnia 2013

    Tego samego uraczylam pijac kawe w Rzymie. Tylko tam we Wloszech zaplacilam inna cene za kawe siedzaca i stojaca, czasami siedzac nawet 3,50, raz pobilam wszelkie rekordy 7,00 euro.W innych czesciach Wloch mi sie tak nie przydarzylo, nawet w Wenecji. W wenecji slyszac, ze mowisz dialektem, zaplacisz inaczej.Jak bedziesz wybierac sie do Wenecji przygotuje sie na 13 % servizio, oprocz coperto.

    Odpowiedz
    1. Marta
      17 kwietnia 2013

      Dlatego właśnie bałam się siadać i wybierałam zawsze miejsca stojące
      Ciekawa uwaga z Wenecją – być może wybiorę się tam jeszcze w tym roku…

      Odpowiedz
  9. Natalia
    10 sierpnia 2013

    Ależ pięknie opisałaś te dwa lokale, aż poczułam zapach rzymskiej kawy Zazwyczaj sceptycznie podchodzę do takich „sławnych” miejsc, muszę sama je odwiedzić i sprawdzić. Ostatnio miałam okazję zjeść lody w słynnej Gelaterii Vivioli we Florencji i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nie rozumiem, nad czym ludzie się tak zachwycają. Lody oczywiście bardzo dobre, jak to w Italii, ale nie lepsze, niż w przypadkowej, mało znanej lodziarni.
    A na kawę do Sant’Eustachio z pewnością wybiorę się przy najbliższej okazji.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Marta
      10 sierpnia 2013

      Dzięki!
      Ja też z dystansem podchodzę do odwiedzania miejsc sławnych, opisywanych w przewodnikach, ale w przypadku kawy nie mogłam sobie odpuścić
      Jak będę we Florencji to będę pamiętać, że Vivioli mogę sobie odpuścić
      Natomiast Sant’ Eustachio serdecznie Tobie polecam!

      Odpowiedz
  10. Bartosz Mrozowski
    23 czerwca 2015

    Witam, tak tylko w kwesti „cremy”… To co Pani opisuje jako „cremę” w Sant Eustachio, jest ubitą pianą kawową z cukrem… zresztą sam ten proces jest okryty tajemnicą, i nikomu nie wolno jej zdradzać. Aby wybrać zwycięzcę trzeba samemu spróbować. U mnie wygrał Eustachio, właśnie dzięki „piance” którą po wypiciu dojada się łyżeczką…

    Odpowiedz
    1. bb
      29 września 2015

      wcale to nie jest taka wielka tajemnica, to mediolański zwyczaj z tego co kojarzę… co do esspresso i cukru… podobno dobre esspresso jest slodkie same w sobie.. na razie tak pijam i probuje znalezc to dobre, w Polsce najczesciej kawa jest przejarana i jest kwaśna… crema i esspresso to dwa różne rodzaje kawy (w sensie parzenia)
      sporo można w sieci poczytać – ale jak kto leniwy to artykuł, uznany za najbardziej zwięzły i obszerny w wiedzę http://forum.wszystkookawie.pl/index.php?topic=61.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *