Bergen. Za siedmioma górami…

Bergen

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami… ale wcale nie tak dawno temu… było sobie miasto o nazwie Bergen. Słynące z pochmurnej pogody i ulewnych deszczy zazwyczaj ukazywało przed bywalcami swoje ponure oblicze. Ale tym razem było inaczej…

Słynne „miasto deszczu” jakby na przekór wszystkim opowieściom (mawia się, że pada tutaj przez 275 dni w roku) wita nas zalane nie deszczem, a słońcem.

Po wylądowaniu na niewielkim Airport Flesland Lufthavn (zlokalizowanym 19 km na zachód od centrum miasta) pełni obaw dotyczących pogody jedziemy lokalnym „Flybussenem” do centrum Bergen.
Gdy dwa lata temu zawitaliśmy tutaj przejazdem niewiele mieliśmy czasu na zwiedzenie tego miasta – drugiego co do wielkości i uchodzącego za najpiękniejsze w Norwegii. Teraz mamy aż tydzień na poznawanie jego zakątków oraz okolic.

Velkommen til Bergen

Może za sprawą wyjątkowo przychylnej aury, a może wzrastającej popularności Norwegii w ostatnich latach, ulice centralnej części Bergen są pełne turystów. Zabytkowa dzielnica Bryggen będąca wizytówką miasta (wpisaną na Listę Dziedzictwa UNESCO w 1979 roku) pełna jest ludzi spacerujących, odpoczywających przy restauracyjnych stolikach, oglądających sklepowe witryny z pamiątkami (pełne różnej maści trolli i sweterków) i robiących zdjęcia wszystkiemu dookoła. Wiedzieliśmy że Bergen jest swego rodzaju atrakcją turystyczną Norwegii ale liczba autokarów z turystami w centrum miasta i tak nas zaskoczyła.

Bryggen to seria Hanzeatyckich zabudowań kupieckich – drewnianych, starych, pomalowanych na kolorowo domów. Miasto zostało założone w 1070, a w 1360 powstał tam targ Hanzy i stało się ono ważnym centrum handlowym. W swojej historii, Bergen przeżyło wiele pożarów, dlatego też większość z oryginalnych zabudowań zostało spalonych, a aktualnie tylko jedna czwarta domów jest oryginalna. W budynkach administracyjnych Bryggen mieszkali urzędnicy, a magazyny były pełne towarów, w szczególności ryb z północy Norwegii i zboża z Europy. Dzisiaj w domach tych znajdują się głównie restauracje oraz różnego rodzaju sklepy z pamiątkami…

Dłuższy spacer po centrum miasta decydujemy się odłożyć na poranek dnia następnego. Jeśli uda nam się tutaj przybyć przed tłumem turystów i najazdem autokarów, łatwiej nam będzie poczuć klimat Bryggen, zapach wszechobecnego drewna i dźwięki drewnianych desek uginających się pod ciężarem stóp. Tymczasem idziemy odnaleźć naszą kwaterę.

Bergen zwane „bramą do fiordów” mimo, iż znane jest z dużych opadów, jest popularnym celem podróży (w dużej mierze również z uwagi na wydarzenia kulturalne i festiwale). W hotelach, „guesthousach” i innego typu kwaterach w sezonie potrafi brakować miejsc. Nasze poszukiwania również nie należały do łatwych, ale na dwa miesiące przed przyjazdem udało nam się znaleźć pewną przystępną cenowo ofertę.

Nasze lokum to drewniany domek położony na niewielkim wzgórzu, w dolnej części Fjellsiden – uroczej części mieszkalnej Bergen, która posiada wiele drewnianych budynków i wąskich brukowanych uliczek. Ulica przy której znajduje się kwatera, jest cicha i bez ruchu tranzytowego. Mówi się, że jest jedną z najczęściej malowanych ulic w Bergen. Dom został zbudowany w 1896 roku, a więc widać po nim upływ czasu, co jednak korzystnie wpływa na jego charakter. Od 1970 roku pokoje na pierwszym piętrze są wykorzystywane przez gospodarzy do zakwaterowania gości, zaś czteroosobowa rodzina mieszka na drugim piętrze. Gospodarza, z którym kontaktowaliśmy się przed przyjazdem nie mieliśmy okazji poznać, ale przywitała nas jego żona, która okazała się niezwykle sympatyczną osobą.

Po zapoznaniu się z gospodynią i zostawieniu bagaży wyruszamy ponownie w miasto. Dotarcie z powrotem do głównego skweru Torgallmenningen, Bryggen i targu rybnego zajmuje nam kilka minut. Po drodze mijamy kilka urokliwych uliczek wzdłuż których ciągną się pastelowe, drewniane, przytulone do siebie domki. Całe miasto pełne jest takich miejsc. Najwęższą ulicą o 99 cm szerokości jest Dyvekegangen (http://www.bergen-guide.com/174.htm). Najkrótsza ulica w Bergen – Bekketomten ma natomiast 18 metrów długości. Jej nazwa pochodzi od słowa „Bekk” oznaczającego „strumyczek” oraz „Tomt” co znaczy „strona”. Zapewne dawniej biegł tędy strumień… Dzisiaj strumienia nie widać, ale w pobliżu ulicy znajduje się słynne akwarium w Bergen. Inną krótką ulicą jest Bryggesporen, zlokalizowana obok słynnego targu rybnego, na której co ciekawe znajduje się tylko jeden dom. Spacerując po wąskich, brukowanych uliczkach łatwo zapomnieć, że znajdujemy się w centrum drugiego pod względem wielkości miasta Norwegii.

Nasza niechęć do spacerowania pośród setek turystów sprawia, że już pierwszego dnia, z zatoczonego ludźmi miasta, postanawiamy uciec w góry. Wcześniej czeka nas jednak pewne wyzwanie: ocena tutejszych cen i misja znalezienia czegoś co będzie się nadawało do spożycia. Z pozoru wybór wydaje się prosty i bez chwili zawahania udajemy się słynny targ rybny – Fisketorget.

Spacerujemy wśród okazale wyglądających stoisk rybnych i delektujemy się specyficznym zapachem, który sprawia, że ślinka sama cieknie po brodzie. Mamy jednak mieszane uczucia, bo ani zakup kanapki za 25 zł ani Fish&chips za 70 zł nie wydaje nam się rozsądnym wyjściem z głodowej sytuacji. Z braku lepszych pomysłów kupujemy po bułce z krewetkami i łososiem. Jak się okazało kolejnego dnia bardzo podobną kanapkę (tyle, że lepszą w smaku) i w dodatku prawie połowę tańszą można kupić w znajdującej się nieopodal Remie 1000. Po tym doświadczeniu do końca pobytu targ omijaliśmy szerokim łukiem i staraliśmy się stołować w sposób bardziej ekonomiczny (o ile takie słowo w ogóle pasuje do norweskich realiów cenowych).

Mimo cen i asortymentu dostosowanego pod większość turystów, na targ warto się wybrać, aby zobaczyć jak wyglądają miejscowe przysmaki lub spróbować wybranych produktów korzystając z darmowych degustacji.

Po zabiciu głodu najdroższą w naszym życiu kanapką (choć trzeba przyznać, że smakowała wybornie) wyruszamy w norweskie góry.

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Miasto wśród siedmiu gór

Nazwa Bergen pochodzi od słowa „Bjørgvin” , co można przetłumaczyć jako “łąka pośród gór”. To jednak nie jedyny powód, dla którego Bergen jest określane „miastem wśród siedmiu gór”. Otoczone przez pasma górskie wygląda niczym z bajki. Przyjęło się, że na wspomniane siedem gór (po norwesku: „De Syv Fjell”) otaczających centrum miasta składają się góry takie jak: Ulriken (najwyższa), Fløyen, Lovstakken, Damsgardsfjellet, Lyderhorn, Sandviksfjellet oraz Rundemanen. Nie ma wprawdzie zgodności, co do tego, które z gór powinny należeć do tej osławionej grupy, ale liczba siedem przyjęła się ze względu na swój mityczny charakter.

Co roku w Bergen organizowana jest impreza o nazwie „7-fjellsturen” polegająca na przejściu szlaku siedmiu wzgórz otaczających miasto (lub czterech – dla mniej wytrwałych). Trasa przejścia liczy około 35 kilometrów. Po raz pierwszy imprezę zorganizowano w 1948, więc w tym roku odbyła się po raz 57. Udział w „7-fjellsturen” musi być bardzo ciekawym doświadczeniem. Może kiedyś uda nam się zawitać w Bergen w odpowiednim terminie i wówczas podejmiemy wyzwanie pokonania siedmiu gór w jeden dzień. Póki co na spokojną eksplorację okolicznych szlaków mamy aż siedem dni.

Fløyen – tutaj wszystko się kończy i zaczyna

Pierwszy dzień, pierwsza góra. Niespełna 2 godziny po przylocie jesteśmy już w drodze na pierwsze wzgórze o nazwie Fløyen (399 m n.p.m).

Fløyen lub też Fløyfjellet jest najczęściej odwiedzanym szczytem z osławionej siódemki. Dostanie się na tą górę nie wymaga mianowicie większego wysiłku poza wysupłaniem z kieszeni 35 NOK. Tyle kosztuje wjechanie na górę kolejką linowo-terenową Fløibanen, która w 8 minut transportuje pasażerów na szczyt z centrum Bergen.

Udajemy się pod stację wspomnianej kolejki, ale po zobaczeniu tłumu turystów utwierdzamy się w przekonaniu, że nie ma sensu stać w jednej kolejce do kolejnej kolejki i lepiej będzie wybrać inny środek transportu, czyli zdać się na własne nogi.

Znalezienie drogi prowadzącej na wzgórze nie jest skomplikowane – zwłaszcza że jest ich kilka i są dobrze oznaczone. Wchodzimy po schodkach znajdujących się za budynkiem dolnej stacji Fløibanen i docieramy w ten sposób do ulicy Skansenbakken. Następnie pokonujemy kolejne schodki i zmierzając cały czas w górę docieramy do ulicy o nazwie Fjellveien, którą można przetłumaczyć jako „górska droga”. Widoczne pod nami zabudowania Bergen stają się stopniowo coraz mniejsze. Na końcu wspomnianej drogi znajduje się drogowskaz wskazujący na Fløyen. Z tego miejsca droga prowadzi już żwirową ścieżką otoczoną drzewami, która kilka razy zakręca niczym serpentyna. Droga jest dobrze utrzymana, a do tego niezbyt stroma i męcząca (bardziej potrafi zmęczyć spacer przez miasto po schodkach). Czujemy długo wyczekiwany zapach lasu, zatapiamy wzrok we wszechobecnej zieleni i nasłuchujemy dźwięków niewielkich źródeł wody spływających ze skał. Po odrobine męczącej podróży taka wędrówka świetnie działa na samopoczucie. Po dotarciu na Fløyen naszym oczom ukazuje się niewielki park z sylwetkami kilku odpowiednio obleśnych (jak na te stwory przystało) trolli, plac zabaw dla dzieci, kilka miejsc do zorganizowania pikniku, grilla tudzież rozpalenia ogniska oraz niewielki biały kiosk wraz ze znajdującą się obok platformą widokową, na którą wysypują się turyści wysiadający z kolejki Fløibanen, która wjeżdża na wysokość 320 metrów. Na szczycie wypijamy pierwszą norweską (niestety odpowiednio drogą, a wcale nie wybitną w smaku (po prostu chemiczna „lura”) kawę i delektujemy się widokiem na zatokę Vågen oraz otaczające Bergen fiordy w tym Puddefjorden i Byfjorden. Mimo, że wysokość wzgórza imponująca nie jest, to pozwala objąć wzrokiem całe miasto i dostrzec jego najważniejsze punkty, budynki, place, tereny zielone.

Fløyen podczas kolejnych dni odwiedzać będziemy jeszcze nie raz, bowiem tutaj rozpoczynać będziemy większość naszych górskich wędrówek. Tutaj też często będziemy kończyć nasz dzień – odpoczywając na ławce i obserwując widoczne w doli Bergen oraz słońce chylące się ku horyzontowi.

Podczas jednego z wieczorów na Fløyen postanowiliśmy poczekać na zachód słońca. Byliśmy głodni, zmęczeni i przemarznięci po wcześniejszej wędrówce. Pogoda była bez zarzutu, ale gdy się posiedziało na odkrytym zboczu to chłodny wiatr sprawiał, że robiło się zimno. Generalnie oczekiwanie trochę nam się dłużyło. Staraliśmy się rozgrzać chodząc w kółko po platformie widokowej, na której stopniowo zaczynało ubywać turystów. Czas zlatywał powoli. Co chwila zniecierpliwiona zerkałam na zegarek. Dochodziła 22:00. Wciąż było jasno. Może nie tak, jak w środku dnia, ale dopiero zmierzchało. Niby byliśmy świadomi, że słońce zachodzi tutaj nieco później, ale mimo wszystko ten moment podejrzanie przeciągał się w czasie. Gdy tylko nadeszła wyczekiwana chwila (czyli 22:50), wykonaliśmy kilka zdjęć i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Późno-wieczorny spacer przez las był doświadczeniem mistycznym i inspirującym. Ostatnie promienie zachodzącego słońca prześwitywały między drzewami, które rzucały na drogę coraz dłuższe cienie. Las nabierał niesamowitych, ognistych kolorów. Trolle skryte jeszcze za kamieniami powoli wychylały swoje wielkie nosy i czekały na zapadnięcie zmroku. Gdy dotarliśmy prawie na koniec szlaku ku naszemu zaskoczeniu zauważyliśmy kilka osób, które ubrane na sportowo, z butelką wody w ręku rozpoczynały dopiero jogging na szczyt. Widać trolle im nie straszne, a na wizytę w lesie nigdy nie jest za późno.

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Blåmanen – przedsmak górskiej wędrówki

Ranek wita nas bezchmurnym niebem i słońcem (tak będzie przez prawie wszystkie kolejne dni!). Wyglądamy przez okno z przekonaniem, że właśnie pada albo na padanie się zanosi. Pogoda jednakże zachowuje się wbrew powtarzanym wszędzie opiniom i popularnym tutaj żartom w stylu: „Przemoczony turysta pyta spotkanego w Bergen chłopca, czy tu kiedykolwiek przestaje padać. – Nie wiem – odpowiada dziecko. – Ale ja mam dopiero 12 lat” albo: „Mieszkaniec Bergen zapytany przez turystę, czy w Bergen zawsze tak pada odpowiada: – Pada?”

Słońce daje nam jednoznaczną wskazówkę i determinuje dalszy plan dnia. Na początek – awaryjne poszukiwanie kremu przeciwsłonecznego. Tak się złożyło, że nie dysponowaliśmy odpowiednio małym opakowaniem (odpowiednim do bagażu podręcznego)… Pluliśmy sobie w brodę, gdyż zobaczyliśmy ceny w lokalnej aptece, ale nie było wyjścia.

Uzbrojeni w ochronę przed słońcem rozpoczynamy wycieczkę w góry. Po raz kolejny wchodzimy na Fløyen, aby rozgrzać mięśnie przed dalszą wędrówką, a następnie opracować strategię dalszej trasy. Na mapce szlaków wybieramy drogę, która wydaje się najdłuższa i najciekawsza. Słusznie dochodzimy do wniosku, że im bardziej oddalimy się od miasta, tym będzie puściej, ciszej, piękniej… Zgodnie z drogowskazem obieramy kurs na Brushytten, Rundemanen, Fløysletten i Vidden.

Szlak w kierunku Brushytten okazuje się często uczęszczaną trasą (przynajmniej jego fragment). Co ciekawe podobnie jak podczas wchodzenia na Fløyen na swojej drodze spotykamy w większości Norwegów wbiegających lub zbiegających po leśnych ścieżkach. Młodzi i starzy (niektórzy prezentujący naprawdę zaawansowany wiek!), sami, z kilkuletnimi dziećmi, z wózkami, z psami, ubrani zawsze w sportowe ubranie i z butelką wody w ręku. Taki styl i zdrowy tryb życia wzbudza w nas podziw i zazdrość jednocześnie.

Idziemy żwirową, szeroką drogą Rundemansvegen. Monotonny leśny krajobraz urozmaica wyłaniające się zza drzew po prawej stronie jezioro Blåmanensvatnet. Po pokonaniu niecałych 2 kilometrów dzielących nas od stacji Fløyen docieramy do pierwszego etapu wędrówki – Brushytten. W tym miejscu znajduje się kolejna mapka i drogowskaz oraz niewielki drewniany domek czyli właśnie Brushytten. Nieopodal znajduje się także kilka stolików, przy których można odpocząć albo urządzić piknik.Chatka jest zazwyczaj otwarta w weekendy oferując napoje i drobny poczęstunek taki jak pølse (popularna bułka z parówką) czy gofry z dżemem. Do zakupienia jest również szczegółowa mapka okolicznych szlaków. Posiłek w postaci gofra i kawy chociaż skromny to jednak potrafi dodać energii przed dalszą wędrówką.

Od Brushytten można wędrować dalej w kierunku gór Blåmanen, Rundemanen, Ulriken. Gdy stoimy przy mapie zastanawiając się nad wyborem optymalnej trasy, nagle dociera do nas pytanie: „Where are you from?”. W ten sposób wdajemy się w krótką pogawędkę z sympatyczną panią w podeszłym wieku, która poleca nam swoją ulubioną trasę, która jej zdaniem jest niezbyt trudna, za to zapewnia piękne widoki.

Zgodnie z rekomendacją wyruszamy na wschód w kierunku prowadzącym na górę Blåmanen. Trasa rzeczywiście okazuje się bardzo przyjemna. Panorama Bergen powoli skrywa się za kolejnymi wzniesieniami, a monotonny leśny krajobraz ustępuje miejsca otwartym przestrzeniom, położonym niżej niewielki jeziorom i pokrytym zielenią wzniesieniom. Po drodze robimy krótkie przystanki na nałożenie kolejnej warstwy kremu i odpoczynek na co przyjemniej położonych drewnianych ławkach, których na tutejszych szlakach nigdy nie brakuje (no może czasami brakowało ;). W takich miejscach ma się ochotę przesiedzieć cały dzień, wygrzewając się na słońcu i kontemplując widoki.

Ostatni odcinek drogi na szczyt odbywa się niejako trasą niewielkiego potoku, gdzie pełno jest wody i błota, co zmusza do skakania po co większych i bardziej płaskich kamieniach. Na koniec jeszcze jedno ostrzejsze podejście pod górę i już jesteśmy na Blåmanen. Na szczycie znajdują się dwa monumenty zbudowane z płaskich kamieni, z których zwłaszcza jeden ma całkiem imponującą wysokość. Suszymy zamoczone po drodze buty i skarpetki, wykonujemy krótki spacer w kierunku pobliskiego szczytu Rundemanen, po czym decydujemy się na powrót tą samą drogą.

Po wędrówce odpoczywamy chwilę na szczycie Fløyen i udajemy się z powrotem do centrum miasta. Słońce, które obecne jest do późnych godzin wieczornych sprawia, że na ulicach Bergen wciąż jest tłoczno. Port pełen jest motorowych jachtów, a na kilku z nich właściciele urządzają sobie wieczorne pogawędki. Przy targu stoją zaparkowane stylowe motocykle i oryginalne, stare samochody. Nie wiemy, czy to codzienność, czy akurat jest jakiś zjazd motocyklistów i właścicieli zabytkowych aut. Norwegowie podobno są miłośnikami amerykańskiej motoryzacji, dlatego też często można zobaczyć tutaj samochody w stanie kolekcjonerskim.

Następnie udajemy się do „Byparken”, gdzie znajduje się jezioro Lille Lungegårdsvann z niewielką fontanną po środku. Cieszymy się ostatnimi promieniami słońca i obserwujemy przechodniów, wśród których dostrzegamy zaskakująco dużą różnorodność. Może nie jest tak powszechna jak to ma miejsce w Oslo, ale jednak widać, że Bergen również jest miastem pełnym imigrantów – osób o różnym kolorze skóry, wyznaniu, odmiennej kulturze. Zastanawiamy się, jak im się tutaj mieszka, czy asymilują się czy raczej traktują norweskie zwyczaje z dystansem? Obserwujemy, jak z nastaniem wieczoru ubywa turystów, a przybywa norweskiej młodzieży wyruszającej na imprezy. Jesteśmy jednak na tyle zmęczeni, że dochodzące do nas wieczorne odgłosy muzyki i rozmów z okolicznych domów nie przeszkadzają nam w szybkim uśnięciu. W nocy słyszymy tylko jak nasza gospodyni prosi przez okno kilku chłopców na podwórku o cichsze zachowanie. Kolejnego dnia skruszona tłumaczy nam, że tak tutaj wyglądają weekendy – okolica jest pełna studentów, a więc wieczorami bywa głośno. Dla nas, przyzwyczajonych do zgiełku Warszawy, Bergen to wyjątkowo ciche i spokojne miasto.

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Ulriken – obowiązkowy punkt programu

W Bergen mawiają: „You haven’t really been in Bergen until you’ve been up Mount Ulriken!” (Nie widziałeś naprawdę Bergen dopóki nie byłeś na górze Ulriken). Dotarcie na najwyższą spośród siedmiu gór traktujemy więc jako punkt obowiązkowy.

Standardowo już z górnej stacji kolejki Fløibanen idziemy szlakiem prowadzącym do chatki Brushytten. Tym razem jednak obieramy inny kierunek niż poprzedniego dnia i idziemy w stronę oznaczoną na drogowskazie jako Ulriken.

Początkowo trasa w znacznym stopniu prowadzi pod górę, zaś w dole przez długi odcinek drogi widoczne jest w całej okazałości jezioro Storediket. Minąwszy szczyt Rundemanen docieramy na Vidden. Rozpoczynamy najdłuższy fragment trasy, który prowadzi przez płaskowyż górski rozciągający się właśnie między Rundemanen, a najwyższą górą – Ulriken. Rundemanen to kolejna góra spośród głównych siedmiu otaczających Bergen i drugi najwyższy szczyt (568 m n.p.m.). Jest ona częścią tego samego masywu co Fløyen i Ulriken, ale nie jest widoczna z centrum miasta. Na obszarze płaskowyżu gromadzą się opady, z których znana jest zachodnia Norwegia dlatego też jest tutaj bardziej błotniście. Skacząc po kamieniach trzeba uważać, aby nie wpaść po kostki do wody. Wokół kojąca pustka i przestrzeń oraz cisza, którą przerywają tylko sporadyczne chlupnięcia, wskazujące na okoliczne źródełka z wodą pitną oraz odgłosy dzwoneczków wskazujące na pasące się w nieopodal owce. Przez fragment szlaku maszerujemy w towarzystwie uroczych owieczek.

Stopniowo na horyzoncie dostrzegamy czubek wieży telewizyjnej znajdującej się na Ulriken. Po chwili jednak szlak znów prowadzi w dół i szczyt zostaje przysłonięty. Cel naszej wędrówki raz wydaje się być już niemal na wyciągnięcie ręki, a potem znów się oddala i wydaje się trudno dostępny. Generalnie końca nie widać. Mamy tylko nadzieję, że przed zapadnięciem zmroku dotrzemy na miejsce. Mijamy jezioro Øvre Jordalsvannet oraz Tarlebøvatnet z widoczną w oddali tamą – górskie jeziora stanowią cenne źródło wody pitnej. Idąc za przykładem mijanych nas wędrowców nabieramy zimnej, orzeźwiającej, źródlanej wody do naszych butelek, które pod wpływem upału i zmęczenia szybko zrobiły się puste. Rolę prowiantu tradycyjnie już pełnią suchary, norweska kiełbasa i słynny norweski ser Gudbransdalsost. Mijamy dolinę Storfjellet i wzgórze Storhaugen. Szlak skręca na zachód, przechodzimy obok kabiny Årstadhytten i po około 5 godzinach wędrówki docieramy na Ulriken (642 m).

Na szczycie znajduje się platforma widokowa, wieża telewizyjna oraz restauracja o nazwie „sky:skraperen” z panoramicznym widokiem, w której można spróbować lokalnych specjałów. Z góry rozciąga się wspaniały widok na Bergen i okolice – morze, wyspy i góry. Poza krajobrazami obserwujemy także kilku paralotniarzy, którzy startują w okolicy szczytu, a następnie unoszą się efektownie nad miastem. Na przedmieściach Bergen widać stadion klubu SK Brann.

Atmosfera na Ulriken jest ogólnie bardziej kameralna niż na Fløyen – mimo, że tutaj również dojeżdża kolejka (tyle, że tym razem linowa, więc bardziej tradycyjna) o nazwie Ulriksbanen. Podobnie jak z Fløyen ze szczytu startują liczne trasy trekkingowe, więc na platformie widokowej co rusz pojawiają się osoby, które pełne energii właśnie ruszają w dalszą wędrówkę lub tak jak my nieźle zmachane właśnie wędrówkę zakończyły. Z powrotem do miasta wracamy korzystając ze wspomnianej kolejki Ulriksbanen, a następnie spod hostelu Montana idziemy w kierunku centrum Bergen.

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Voss – jeszcze wyżej, jeszcze piękniej

Najwyższe ze wzgórz otaczających Bergen zdobyte, więc nadeszła pora wyruszyć gdzieś dalej. W tym celu obieramy kurs na miejscowość Voss oddaloną od Bergen o około 100 kilometrów.

Stawiamy się na stacji norweskich kolei NSB i wsiadamy do pociągu jadącego z Bergen w kierunku Oslo. W środku jest wygodnie i komfortowo. Tuż obok nas usadawia się kilku muzyków, o czym świadczy towarzyszący im rozmaity sprzęt muzyczny. Podróż z Oslo do Bergen to klasyka norweskiej podróży pociągiem. W wielu źródłach można znaleźć informację, że podróż pociągiem z Oslo do Bergen uchodzi za najbardziej ekscytującą i najpiękniejszą trasę na świecie. Droga kolejowa łącząca dwa miasta wspina się wysoko, biegnie przez olśniewającą scenerię, z najbardziej spektakularnym odcinkiem Hardangervidda – najwyższym górskim płaskowyżem Europy. Jej najwyższy punkt w Finse to 1222 metrów n.p.m.

Cała podróż z Oslo do Bergen trwa około siedmiu godzin. My po upływie około półtorej godziny wysiadamy na stacji w Voss i rozpoczynamy poszukiwania informacji turystycznej.

Voss to całkiem zwyczajne na pierwszy rzut oka miasteczko, które zimą staje się jednym z największych ośrodków sportów zimowych w Norwegii. Latem też nie brakuje atrakcji – można skoczyć ze spadochronem, popływać na pontonie, kajakach, pojeździć konno. Ilość mapek, folderów, materiałów i wskazówek po raz kolejny nas zaskakuje. Zgarniamy kilka ciekawych materiałów i ruszamy w kierunku gór.

Początkowo mamy ambicję punktem startu naszego spaceru uczynić podnóże góry Hanguren, ale ostatecznie zmieniamy zdanie. Zakładamy powrót na noc do Bergen, więc dla zaoszczędzenia czasu decydujemy się wjechać na szczyt kolejką Hangurbanen. Przy okienku z kasą wisi kartka z informacją, że osoba sprzedająca bilety wróci za maksymalnie 20 minut. Właścicielem Hangurbanen jest „Voss Resort” i co ciekawe kolejka jest obsługiwana tylko przez jedną osobę, która sprzedaje bilety, jak również „kieruje” kolejką. Po kilkunastu minutach pojawia się znudzony, starszy Pan, który wraz z kilkoma podróżnymi wsiada do kabiny, gdzie korzystając z zestawu przycisków znajdujących się wewnątrz steruje tym środkiem transportu. Kolejka kursuje w daną stronę co kilkanaście minut, gdyż tyle zajmuje panu z obsługi wjechanie na górę i powrót na dół w celu zabrania kolejnych pasażerów.

Mało nowoczesny klimat kolejki sprawia, że przejażdżka Hangurbanen okazuje się dużo fajniejszym doświadczeniem niż podróż Fløibanen czy nawet Ulriksbanen znajdującymi się w Bergen. Po upływie około 5 minut znajdujemy się na wysokości 660 metrów.

Z mapki okolicy wybieramy trasę na szczyt Lønahorgi, która wygląda na najbardziej interesującą. Lønahorgi jest jedną z gór dominujących nad Voss. Na szczyt prowadzi kilka szlaków, a najpopularniejszym miejscem startu jest, znajdująca się nieopodal Voss, miejscowość Bavalen – popularne centrum narciarskie. Lønahorgi to drugi najwyższy szczyt w rejonie górskim Stølsheimen. Otaczające Voss góry określane są natomiast jako „Vossafjella”.

Już na początku wędrówki dostrzegamy, że góry wokół Voss są mniej uczęszczane, więcej niż w Bergen jest także terenów błotnistych, drobnych strumyczków, przez które trzeba przeskakiwać. Nad niektórymi co bardziej grząskimi fragmentami szlaku znajdują się na szczęście drewniane kładki, które ułatwiają pokonywanie takich naturalnych przeszkód. Dodatkowe atrakcje sprawiają, że droga jest mniej monotonna i wymaga odrobiny skupienia, co ożywia umysł szczególnie, gdy myśli zaczynają krążyć wokół zagadnień typu „Daleko jeszcze…?”, „Nie dam rady”, „Ale mnie nogi bolą”, „Ale gorąco”… i tym podobnych. Chwilami maszerujemy z językiem na wierzchu, ale czujemy się wspaniale.

Krajobrazy są również zgoła odmienne niż w Bergen. Góry wyższe, więc flora i fauna inne. Gdzie nie spojrzeć piękne krajobrazy i pustka. Nasz szlak wyznaczają czerwone symbole „T” namalowane na kamieniach i skałkach przez Norwegian Trekking Association. Po drodze mijamy kilka urokliwych chatek takich jak zlokalizowana nad niewielkim jeziorem Volavatnet drewniana czerwona Volahytta – samoobsługowa kabina, jakich na szlakach tutaj spotyka się wiele. Na stronie internetowej Norwegian Trekking Association można znaleźć spis takich miejsc (wraz z ich charakterystyką) znajdujących się w danym regionie kraju.

W końcu docieramy na wysokość około 1090 metrów n.p.m. Największą niespodzianką jest całkiem pokaźna ilość zalegającego tutaj czystego śniegu, który powoli topniejąc tworzy niewielkie strumyczki i jeziora. Po pokonaniu kilku bardziej stromych odcinków docieramy do Kvilehytta – niewielkiej brązowej chatki z oknami pomalowanymi na niebiesko. W oddali na północy widać szczyt Lønahorgi (1410 m n.p.m) i majestatyczne góry pokryte śniegiem.

Chcielibyśmy pójść dalej w kierunku kolejnych szczytów Vossaskavlen i Kvitanosi, ale pora wracać. Stromym szlakiem przez las kierujemy się do centrum narciarskiego Bavallen, a następnie podążając ulicą w kierunku Voss, łapiemy nadjeżdżający autobus linii Nor-Way, którym wracamy do Bergen.

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen inspiruje

Bergen zawsze kojarzyło nam się z muzyką. Wielu cenionych przez nas twórców i zespołów ma swoje korzenie właśnie tutaj. Wystarczy wymienić: Burzum, Enslaved, Gorgoroth, Immortal. Mieszkał tutaj również największy norweski kompozytor Edvard Grieg. Wielu artystów wywodzących się ze sceny w Bergen zyskało międzynarodową sławę, co w lokalnej prasie określane było „Falą Bergen” („The Bergen Wave” – zob. http://en.wikipedia.org/wiki/Bergen_Wave).

Dzisiaj miasto jest jednym z najważniejszych centrów kulturalnych Norwegii. Odbywa się tutaj wiele międzynarodowych festiwali takich jak Bergen International Festival, Nattjazz oraz Bergenfest.

Z historią norweskiej sceny blackmetalowej związany jest pewien niewielki, drewniany kościół klepkowy o nazwie Fantoft Stavkirke, położony 6 km poza centrum miasta. Z uwagi na nasze zainteresowanie wspomnianym gatunkiem muzyki, historia kościoła znana nam była już wcześniej i postanowiliśmy, że podczas pobytu w Bergen koniecznie musimy to miejsce odwiedzić. Na przedmieścia Fantoft docieramy w kilkanaście minut tramwajem o numerze 1 (jedynym w mieście) zwanym „Bybannen” startującym nieopodal Byparken w centrum Bergen.

Oryginalnie kościół wybudowany był w wiosce Fortun w rejonie Sognefjord około 1150 roku. W XIX wieku kościół został przeznaczony do rozbiórki, jednak norweski konsul Fredrik Georg Gade wykupił go i sfinansował transport (w częściach) do miejscowości Fantoft, obecnie stanowiącej jedną z dzielnic Bergen. W 1992 roku, 6 czerwca, o godzinie 6 rano kościół został podpalony. Za winnego został uznany Varg Vikernes, muzyk znany w black metalowym podziemiu jak twórca i jedyny członek zespołu Burzum. Zgliszcza budowli trafiły na okładkę jednego z wydawnictw Burzum (wydanej w 1993 roku płyty „Aske” – norw. „popioły”).

Po kościele Fantoft miały miejsce inne podpalenia kościołów, zresztą cała fala tego typu zajść przetoczyła się przez Skandynawię (głównie Norwegię) w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku. Niektóre z nich powiązano z norweską (i nie tylko) sceną black metalową. Inne były dziełem bardziej przypadkowych osób.

Tak czy inaczej, kościół postanowiono zrekonstruować na wzór oryginału i od 1997 roku jest ponownie dostępny dla odwiedzających. Otoczenie budynku również niewiele się zmieniło, tak jak dawniej znajduje się w niewielkim lesie. Niestety obecnie otoczony jest nie tylko drzewami, ale także ogrodzeniem i kamerami, które zapewne mają uchronić budynek przed kolejną dewastacją. Wstęp za ogrodzenie jest płatny, ale widok z kilku metrów nam wystarcza, aby móc podziwiać ów przybytek. Wrażenie robi zwłaszcza bogato zdobiony dach oraz inne artefakty.

Przy okazji wizyty w Fantoft wybieramy się na krótki spacer po okolicy, w której mieszkał Edvard Grieg, jak również wspomniany Varg Vikernes. Odwiedziliśmy Troldhaugen czyli miejsce, gdzie znajdował się dom Griega, a obecnie znajduje się jego muzeum. Nazwa pochodzi od Trold co oznacza „Troll” i Haug czyli „małe wzgórze”. Przedmieścia Bergen nie robią na nas dużego wrażenia, ale przez szacunek dla mieszkających tam artystów wprost nie wypadało nam odwiedzić ich rodzinnych stron.

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Bergen

Løvstakken – Ostatni szczyt na pożegnanie

Przez większość pobytu w Bergen wędrujemy po północnym paśmie gór otaczających miasto (z jego największą górą – Ulriken). W skład siedmiu gór otaczających Bergen wchodzą jednakże również góry znajdujące się po zachodniej stronie zatoki Vågen. Jest to miejsce ogólnie mniej uczęszczane i położone trochę dalej od centrum co wymaga skorzystania z komunikacji miejskiej lub dłuższego spaceru (my wybieramy to drugie).

Uznajemy, że wycieczka na szczyt Løvstakken (457m) będzie świetnym zakończeniem naszego pobytu w Norwegii. Góra Løvstakken zlokalizowana jest między dolinami Fyllingsdalen i Bergensdalen. Na południe od niej znajduje się także należące do tego samego masywu wzgórze Gullsteinen, które wyznacza granicę chronionego obszaru leśnego Langeskogen. Inne wzgórza znajdujące się na zachodzie to: Olsokfjellet (353 m), Damsgårdsfjellet (344 m) i Lyderhorn (386 m).

Mapka, którą zakupiliśmy wcześniej podczas wędrówki do Brushytten pomogła nam w ustaleniu szlaku na szczyt Løvstakken z centrum miasta. Bez mapy raczej zgubić się nie sposób, ale posiadanie takiego planu jest o tyle fajne, że od razu wiadomo co jak się nazywa i ma się pewność, gdzie należy iść (przynajmniej teoretycznie).

Strategia jest taka: mostem pokonujemy ulicę Sotraveien i przedostajemy się w ten sposób na zachodnią część Bergen. Tam między uliczkami i osiedlami szukamy początku szlaku prowadzącego na wzgórze. W drogę wyruszamy po południu, ale przy dobrych wiatrach (a raczej dobrym szlaku) do wieczora powinniśmy wrócić do centrum.

Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Szybkim krokiem przechodzimy przez miasto i most i odnajdujemy drogowskaz wskazujący drogę na szczyt. Po wkroczeniu na właściwy szlak strategia zawodzi. Brakuje sił, a droga cały czas prowadzi dość stromo w górę. Znajdujące się w gąszczu drzew szałasy i różne pozostawione przedmioty oraz całkowity brak innych wędrowców motywują nas jednak do stawiania kolejnych kroków.

Gdy teren w końcu staje się bardziej płaski okazuje się, że na skutek niewielkich opadów droga jest wyjątkowo błotnista i grząska. W dodatku cel naszej wędrówki wciąż wydaje się znajdować daleko, co powoduje coraz większe wątpliwości. Po raz pierwszy przechodzi nam przez myśl, że może jednak warto zawrócić. Spoglądamy w niebo i ustalamy pozycję słońca (które powoli zakrywały deszczowe chmury), a potem rozglądamy się w poszukiwaniu charakterystycznych czerwonych znaków „T” i staramy się skonfrontować zdobyte informacje z posiadaną mapą. Wciąż mamy wątpliwości, ale podejmujemy próbę pokonania błota i znalezienia jakiejś wskazówki. W końcu udaje nam się dostrzec właściwe oznaczenia i ruszamy dalej pod górę. Gdy dostrzegamy wyłaniający się zza drzew szczyt, odczuwamy ogromną radość, że jednak nie zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki.

Na szczycie Løvstakken wpisujemy się do dziennika odwiedzin ukrytego w metalowej skrzynce, która zawieszona jest na monumencie zbudowanym z płaskich kamieni. Tym samym pozostawiamy po sobie ślad naszego pobytu w Bergen.

W oddali widać małe zatoczki i wyspy rozsiane na morzu, „zdobyty” kilka dni wcześniej Ulriken, niewielką bazę norweskiej marynarki wojennej oraz lotnisko Bergten-Flesland, na którym właśnie ląduje Boeing 737 linii Norwegian. Dopada mnie melancholia, gdyż już jutro rano podobnym samolotem odlecimy stamtąd w drogę powrotną do Polski.

Schodząc ze szczytu odwiedzamy jeszcze niewysokie wzgórze Strandafjellet, na którym powiewa norweska flaga, a następnie dość stromym i ponurym (ale pięknym) szlakiem kierujemy się już prosto na sam dół z nadzieją, że zdążymy przed widoczną na horyzoncie ulewą. Zgodnie z przewidywaniami wieczorem pogoda się psuje, ale nie możemy odmówić sobie ostatniej wizyty na wzgórzu Fløyen. Stamtąd żegnamy się z górami, lasami, świeżym powietrzem… z Bergen.

Bergen

Bergen

Bergen

Długo i szczęśliwie…

Bergen to miasto wyglądające niemalże bajkowo. Może nie jest idealne, ale jego charakter sprawia, że mogłabym zostać w nim na zawsze. „Deszczowe miasto” zaskoczyło nas pozytywnie nie tylko nietypową dla siebie pogodą. Ilość górskich szlaków, niezliczone możliwości aktywnego spędzania czasu, piękne widoki, inspirująca kultura, muzyka i odrobina mrocznego klimatu sprawia, że jest to dla nas miejsce wyjątkowe, niemal idealne… Spacerować po tutejszych wzgórzach, wsłuchiwać się w szum drzew i górskich strumieni można bez końca. Od rana do wieczora albo nawet w nocy. Samotnie, w ciszy albo w ze słuchawkami na uszach, w towarzystwie muzyki jednego z norweskich zespołów (najlepiej pochodzącego z Bergen). W Norwegii czasu na odpoczynek albo sen jest po prostu szkoda. Lepiej żyć aktywnie, zdrowo… długo i szczęśliwie…