Domowy nowozelandzki devil burger

Domowy nowozelandzki devil burgerNie sposób wyobrazić sobie pobytu w Nowej Zelandii bez zjedzenia tamtejszego burgera, o czym pisałam już trochę w poprzednim wpisie.

Bardzo możliwe, że wiele osób traktuje każdego burgera jak… burgera, ot, zwykłą bułkę z mięsem kojarzącą się głównie z jedzeniem zdrowym inaczej. Jednak jeśli się skusicie na „danie” będąc w Kraju Kiwi to odkryjecie szybko, że diabeł tkwi w szczegółach.

Chrupiąca, pszenna bułka z kotletem z wysoko cenionej nowozelandzkiej wołowiny i dodatkiem świeżych warzyw – to wszystko sprawia, że serwowane tam burgery są tak pyszne i naprawdę łatwo się od nich uzależnić.

Pomimo faktu, że od powrotu z Nowej Zelandii minęło już kilka miesięcy, to co jakiś czas ponownie nawiedza nas chęć zjedzenia takiego posiłku. Naturalną koleją rzeczy było zatem pokuszenie się o przygotowanie domowego burgera, co potraktowałam też jako swoiste wyzwanie do stworzenia czegoś przynajmniej trochę podobnego. Wersję domową ciężko porównać do nowozelandzkiego odpowiednika, ale jest to dobry sposób na „fast food” własnej roboty, który jest z pewnością zdrowszy od wielu serwowanych na mieście.

Czytaj dalej

Nowozelandzkie burgerowe szaleństwo

Nowozelandzkie burgeryPodczas niespełna trzech tygodni spędzonych w Nowej Zelandii pochłonęłam więcej burgerów niż kiedykolwiek!
Przyznaję się do tego bez bicia, gdyż mam doskonałe wytłumaczenie.

Po pierwsze burgerownie są w Nowej Zelandii obecne niemal na każdym kroku i cieszą się wśród Kiwi dużą popularnością, więc spacerując po nowozelandzkich miastach oraz mniejszych miejscowościach bardzo łatwo jest trafić na lokal specjalizujący się w tego typu posiłkach.

Po drugie burgery nowozelandzkie są nie tylko przepyszne, ale też zazwyczaj są dobrej jakości.

Wcześniej tego typu jedzenie kojarzyło mi się gównie z amerykańskimi fast-foodami, za którymi nie przepadam. Delikatnie rzecz ujmując. Oczywiście zdarzyło mi się jeść dobre burgery np. w Warszawie (tym bardziej, że burgerownie stają się w Polsce coraz bardziej popularne), ale dopiero w Nowej Zelandii przekonałam się, że taki posiłek może być nie tylko smaczny, ale też, że można czuć się po nim dobrze.

Od pierwszej wizyty w jednym z takich miejsc rozsmakowałam się w tych dużych, wypełnionych do oporu świeżymi dodatkami pysznych burgerach – szczególnie tych z wysoko cenioną nowozelandzką wołowiną.

Czytaj dalej

Japońska wołowina gyuniku itame i gyuniku teriyaki

Japońska wołowina z warzywami i sosem teriyaki

Wybierając się w pierwszą podróż do Japonii przygotowałam sobie standardowo listę kilku potraw, których chciałam spróbować na miejscu. Na pierwszym miejscu znalazło się oczywiście sushi, a zaraz dalej makaron soba, omlet okonomiyaki oraz rozmaite słodycze o smaku zielonej herbaty. Z uwagi na fakt, że na co dzień preferuję ryby, na mojej liście nie znalazło się żadne stricte mięsne danie.

Oczywiście miałam świadomość, że japońska kuchnia to nie tylko ryż i owoce morza, że jej bogactwo może być wręcz przytłaczające, ale biorąc pod uwagę jednak niezbyt długi czas pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni, byłam zmuszona ustalić kilka priorytetów. Szybko jednak okazało się, że takie podejście było dość naiwne i gdyby się go konsekwentnie trzymała to dużo by mnie ominęło

Czytaj dalej

Szaszłyki po madersku

Espetada Nie przepadałam szczególnie za mięsem i zdecydowanie większą sympatią darzę ryby i owoce morza. A mimo to jest kilka takich dań mięsnych, które traktuję wyjątkowo i swoim smakiem potrafią doścignąć nawet uwielbianego przeze mnie grillowanego łososia. Takim przysmakiem jest na przykład portugalska espetada.

Espetada to kawałki wołowiny, które naciera się czosnkiem oraz ziołami, a następnie nadziewa na aromatyczny gałązkę z drzewa laurowego lub dziko rosnącego wawrzynu. Tak przygotowane szaszłyki tradycyjnie piecze się nad rozżarzonym drewnem.Danie podaje się zawieszając gotowe szaszłyki na odpowiednim stojaku znajdującym się na stole. Konsumpcja polega na ściąganiu kawałka po kawałku na swój talerz.

Czytaj dalej