Stavanger.
Po drugiej stronie fiordu.

Stavanger

Norweskie trolle: Musicie coś o nich wiedzieć… Przede wszystkim są wredne! Doświadczyliśmy tego na własnej skórze (dosłownie) podczas jednej z naszych wizyt w Norwegii.

Te złośliwe istoty potrafią na przykład zesłać deszcz w najgorszym momencie lub w ważnym dniu, w którym szczególnie przydałaby się piękna pogoda. Tak właśnie stało się podczas tegorocznego Święta Konstytucji obchodzonego 17 maja. Właśnie tego wyjątkowego dnia postanowiliśmy zawitać w Norwegii…

Pomysł zobaczenia na żywo jak Norwegowie obchodzą swoje święto był już od dawna na naszej liście „must see”, ale jak dotąd nie udawało nam się znaleźć atrakcyjnego przelotu w tym terminie. Wprawdzie myśleliśmy o takim wyjeździe raczej w odniesieniu do Oslo lub Bergen, ale wizyta w Stavanger również wydała nam się dobrą okazją do zrealizowania tego planu.

Niestety ceny biletów zahaczających o norweskie święto narodowe były nieco wysokie i wszystko wskazywało na to, że odłożymy ten pomysł na rok następny, ale… nasze linie lotnicze (niskobudżetowe, a jakże!) odwołały lot oferując nam możliwość zmiany dat wylotu i powrotu bez dodatkowych kosztów. Rozwiązanie wydało się proste i oczywiste – poprosiliśmy miłą panią na infolinii o zmianę daty wylotu na 17 maja. Zadowoleni z naszej przebiegłości, cieszyliśmy się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

O poranku lądujemy na lotnisku Stavanger Airport Sola pełni obaw co do naszych planów na kolejne dni. Byliśmy świadomi, że prognoza pogody na ten dzień nie nastraja optymistycznie, ale mimo wszystko liczyliśmy na odrobinę szczęścia. Niestety wita nas ulewa, silny wiatr i ogólnie mniejsza niż się spodziewaliśmy temperatura powietrza. Nasza nadzieja na ciekawy fotograficzny reportaż ze święta trochę przygasa. Wyposażeni w parasol i kurtki przeciwdeszczowe postanawiamy jednak, że zesłana przez wredne trolle aura nas nie złamie i pełni lekko wymuszonego optymizmu ruszamy w kierunku miasta.

W centrum Stavanger część ulic okazuje się już zamknięta dla ruchu z uwagi na mające się wkrótce rozpocząć pochody. Mijając kolejne, jeszcze puste ulice w okolicach centrum miasta spostrzegamy pierwsze grupki osób ubrane w odświętne, jak również narodowe stroje (zwane bunad) i podążające podobnie jak my w kierunku centrum. Mokry od deszczu główny plac nad portem (Torget) stopniowo zapełnia się obserwatorami. Schowani pod parasolem, niecierpliwie wyczekujemy rozpoczęcia imprezy.

Z planu dnia, z którym zapoznaliśmy się na stronie internetowej wynika, że w sumie przez ulice miasta przejdą trzy różne parady: Barnetoget czyli parada dzieci (od najmłodszych do najstarszych), Russtoget związana ze studenckim świętem Russ oraz Folketoget, czyli przemarsz dla wszystkich mający najbardziej luźny charakter.

Około dziewiątej na jednej z ulic dostrzegamy pierwsze grupki dzieciaków. Na czele pochodu widać sztandar danej szkoły oraz kolorowy transparent z numerem klasy. Norweskie dzieci ubrane odświętnie maszerują dzierżąc w rękach flagi. Stroje narodowe mają setki różnych odmian, a święto narodowe jest wspaniałą okazją do podziwiania ubrań z różnych regionów i miast Norwegii. Efekt wizualny trochę psują niestety wszechobecne parasole i płaszcze przeciwdeszczowe, ale i tak entuzjazm jaki towarzyszy dzieciom i publiczności sprawia, że całość wygląda uroczo. Między przemarszem kolejnych grup niektórzy uczniowie organizują małe występy muzyczne, taneczne czy sportowe.

Święto narodowe jest również dniem, w którym uczniowie ostatniej klasy szkoły średniej obchodzą koniec 13-letniej nauki. Wielka zabawa, która rozpoczyna się pod koniec kwietnia, zwana jest Świętem Russ i wywodzi się z Dani. Impreza trwa przez kilka tygodni aż do kulminacyjnego 17 maja. Uczestnicy chodzą ubrani w strój Russ, czyli obszerne ogrodniczki albo kombinezon zazwyczaj w kolorze granatowym lub czerwonym. Często do ubrania przypinają (lub zawieszają) norweską flagę.

Na czas przemarszu studentów świętujących Russ idziemy się ogrzać na chwilę do naszych gospodarzy, u których wynajęliśmy skromną kwaterę nieopodal centrum miasta. Jesteśmy tak przemarznięci, że ponowne wyjście na zewnątrz okazuje się trudną decyzją, ale nie możemy odmówić sobie udziału w dalszej części obchodów.Pozostałością po studenckim pochodzie są leżące na ulicach wizytówki (russekort) w norweskich barwach. Wizytówki Russ są rozdawane każdemu, kto o to prosi. Zazwyczaj zawierają one fikcyjne dane właściciela – zdjęcie, dane kontaktowe oraz slogan będący żartem. Posiadanie dużej kolekcji kart jest wyznacznikiem popularności – zwłaszcza kart od płci przeciwnej

Ostatnim i największym przemarszem jest tzw. Folketog, który ma charakter najbardziej luźny i zabawny. Uczestniczą w nim rozmaite firmy i organizacje (np. Czerwony Krzyż, harcerze, strażacy), kluby sportowe, zespoły muzyczne. Razem z innymi widzami zajmujemy miejsce przy jednej z ulic po której szli będą uczestnicy tego pochodu „różności”. Tym razem nie jest to tylko marsz, gdyż wiele osób porusza się na deskorolkach, biegówkach, rowerach, rolkach. Stroje również są rozmaite – narodowe, eleganckie, sportowe, zwariowane, zabawne.Palce nam powoli przymarzają do aparatu, ale usilnie staramy się uwiecznić bardziej oryginalne grupy i jednostki. Niektórzy z obserwatorów pochodu wysyłają w kierunku tłumu komentarze, inni (w szczególności studenci, którzy w przerwie zdążyli już „wypić za” Russ) żartują, zaczepiają osoby biorące udział w paradzie, jak również wybiegają na ulicę przyłączając się na chwilę do innych uczestników. Wszystko to jednak w przyjaznej, a jednocześnie bezpiecznej atmosferze.

Pozytywnie zaskoczyło mnie nie tylko zaangażowanie i nastawienie Norwegów do swojego święta, które z zasady jest mało militarne, wolne od powagi i bardzo wesołe. Zdziwiła mnie również mała ilość wszelkich środków zwiększających bezpieczeństwo – zaledwie niewielka ilość policji. Nie wiem, co działo się na mieście późniejszym wieczorem, bo jedyne o czym wówczas marzyliśmy to ciepła kąpiel i sen, ale dzień później nie było widać śladów wandalizmu czy imprezowania.

Uczestniczenie w obchodach 17 maja mimo mało sprzyjającej aury dało nam obraz tego, jak wygląda ten wyjątkowy dla Norwegów dzień. Z pewnością warto zobaczyć i poczuć panującą wówczas atmosferę. Gdy ponownie nadarzy się okazja zobaczenia najważniejszego norweskiego święta mam nadzieję na wizytę w stolicy i na większą przychylność norweskich trolli.

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Dobre miejsce na odpoczynek nad wodą

Przez kolejne dni szwendamy się po mieście i okolicach. Tak jak lubimy, czasami bez konkretnego celu, obserwując mijanych ludzi, zastanawiając się kim są i jak im się tutaj żyje.

W porównaniu z kilkoma innymi skandynawskimi miastami, które mieliśmy okazję odwiedzić, Stavanger nie przypada nam jakoś szczególnie do gustu. Sama zabudowa jest w większości niska, ale sporo jest bardziej „typowych” budynków, mających niewiele wspólnego ze skandynawskim klimatem. Dodatkowo samo położenie miasta nie jest tak urokliwe jak na przykład Bergen, które otoczone jest pięknymi górami – choć akurat to porównanie może nie być najlepsze zarówno z uwagi na mój sentyment do tych regionów, jak i fakt, że Bergen jest po prostu wyjątkowo pięknie zlokalizowane.

Stavanger

Bez wątpienia bardzo fotogenicznym miejscem jest najstarsza część miasta zwana Gamle Stavanger położona po zachodniej stronie zatoki (Vågen). Zabudowania, liczące sobie od 100 do około 300 lat, stanowią największy zachowany drewniany kompleks budynków w północnej Europie. Wzdłuż kilku brukowanych uliczek znajdują się pomalowane na biało domki bardzo ładnie prezentujące się w promieniach słońca. Kolorystykę urozmaicają różnobarwne drzwi (w większości w odcieniach niebieskiego) i donice z kwiatkami wystawione przed wejściem do domów. Niewątpliwym plusem tego miejsca jest brak jego „skomercjalizowania” – budynki są własnością prywatną i w większości są zamieszkałe (nie licząc muzeum sardynek, które jednakże wygląda dość niepozornie).

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Jak przystało na skandynawskie miasta portowe (które oboje z mężem uwielbiamy) Stavanger ma jednak wiele zalet. Spaceruje się po nim przyjemnie, jak również nie brakuje miejsc do wypoczynku. Gdy tylko zza chmur przedziera się słońce siadamy na jednej z ławek przy porcie, obserwujemy życie toczące się wokół i delektujemy zapachem wody i rześkim powietrzem.

Poza nabrzeżem i Starym Miastem innym przyjemnym miejscem jest małe jezioro Breiavatnet z fontanną po środku usytuowanie w centrum Stavanger obok katedry Domkirken. Dużo większym naturalnym zbiornikiem wodnym jest natomiast oddalone 2 kilometry od centrum jezioro Mosvatnet. Jest to idealne miejsce dla spacerowiczów, biegaczy i rowerzystów, jak również na zorganizowanie pikniku, a zimą powstaje tutaj ogromne lodowisko. Dookoła jeziora prowadzi częściowo zalesiona, żwirowa droga o długości ok. 3 kilometrów. Jedno, powolne okrążenie zajmuje nam około 45 minut, zaś po drodze poza miejsowymi zażywającymi ruchu spotykamy uroczą gromadkę małych kaczek, łabędzi i kilka kotów (jeden wygląda nawet jak moja ulubiona rasa – norweski leśny ;). Tereny wokół jeziora stanowią dom dla rozmaitych gatunków ptaków, a ich przyjemny świergot umila nam spacer. Ciekawostką na trasie jest dość osobliwe drzewo całe obwieszone smoczkami, które dzieci mogą na nim zostawiać, gdy nie są im już potrzebne. Podobno pewnego roku pewna kobieta zdjęła wszystkie przedmioty z drzewa twierdząc, że nie może ono oddychać. Wywołało to ogólny sprzeciw i niedługo potem smoczki wróciły na swoje miejsce.

Z jeziora Mosvatnet wybieramy się kilka kilometrów dalej nad południowy brzeg Hafrsfjordu. Przy niewielkiej plaży znajduje się popularny pomnik „Swords in Rock” (nor. Sverd i fjell). Trzy brązowe miecze o wielkości około 10 metrów osadzone są w skale tuż nad brzegiem zatoki Møllebukta. Stoją w miejscu bitwy, jaką stoczył w roku 872 Harald Hårfagre, który zjednoczył Norwegię w jedno królestwo. Dzieło to stanowi symbol pokoju, jedności i wolności. Rękojeści mieczy Wikingów są wzorowane na przedmiotach znalezionych w różnych częściach kraju. Pomnik został zaprojektowany przez Fritza Roed’a (1928-2002), a odsłonięty przez króla Olafa V w 1983 roku.

Stavanger

Z kolei na północny wchód od centrum Stavanger rozciąga się archipelag niewielkich wysepek (Grasholmen, Sølyst, Engøy, Hundvåg, Bjørnøy, Roaldsøy i Ormøy), które połączone są z lądem mostami. Stavanger City Bridge (nor. Stavanger bybru) ma 1067 metrów długości i został otwarty w 1978 roku jako pierwszy w Norwegii tak duży most wiszący. Korzystając z niego można odwiedzić kolejne wyspy, a po drodze podziwiać piękny widok na zatokę i miasto i domy stojące niemal na wodzie. Mieszkanie „pod mostem” nabiera tutaj innego znaczenia. Czuję lekką zazdrość, gdy patrzę się na powstające poniżej na wysepce Grasholmen nowoczesne osiedla i urocze białe domki z ogromnymi oknami, tarasami i przede wszystkim ładnym widokiem.

Odpoczywając nad wodą z dala od centrum zapominamy na chwilę o nasilających się z każdą wizytą negatywnych odczuciach związanych z norweskimi miastami. Nie jesteśmy zaskoczeni dużą ilością imigrantów, ale obserwując niektórych obcokrajowców mamy pewne wątpliwości odnośnie celu ich przyjazdu. Mimo, że uważam się za osobę raczej tolerancyjną i otwartą na inne kultury to jednak uważam, że Norwegia jest przykładem kraju, któremu napływ imigrantów w wielu aspektach niestety zaszkodził. Albo zaszkodzi w niedalekiej przyszłości. Dlatego też zawsze, gdy jesteśmy w Skandynawii to najchętniej uciekamy z miasta w góry, szukamy mniej uczęszczanych szlaków, miejsc spokojniejszych, w których zazwyczaj spotyka się wyłącznie miejscowych. To są zawsze chwile, gdy czuję się tutaj najlepiej i zapominam o tym wszystkim co mnie niepokoi na świecie.

Stavanger z poziomu gór

Położenie Stavanger sprawia, że w poszukiwaniu ciekawszych tras trekkingowych trzeba zafundować sobie przejazd albo przepłynąć promem na drugą stronę Lysefjordu.

Najbliższą miejscowością, która może być dobrym punktem startowym dla miłośników wędrówek jest Sandnes, do której jedziemy autobusem z centrum Stavanger. Na miejscu w biurze informacji turystycznej otrzymujemy mapkę okolicznych szlaków i wskazówkę jak dojechać do miejscowości Dale, w której startuje szlak na wzgórze Lifjellet (282 m.). Jadąc jedynym możliwym autobusem jaki porusza się drogą Daleveien dochodzimy do wniosku, że początkowy pomysł z pieszym pokonaniem tej trasy mógłby nie wyjść, ponieważ chodnik prowadzący wzdłuż drogi w którymś momencie się urywa, a autobus wjeżdża na wąską, stopniowo wznoszącą się drogę, po której obydwu stronach znajdują się zalesione skały.

Wysiadamy na przystanku końcowym. Dalej już nic nie jedzie. Co więcej, mamy wrażenie jakby w ogóle nic tutaj nie istniało. Wokół jest pusto, cicho… i jakoś dziwnie. Po środku miejscowości znajduje się małe rondo, dalej jest kilka murowanych, zaniedbanych budynków, jedno boisko, a w oddali las i wzgórza. Za oknami domów nic nie widać, a na parterze przez szyby można dostrzec części mebli i ogólny bałagan. Na jednym z budynków widnieje szyld Barnehuset, a więc mijamy dom dziecka. Miejsce trochę jak z horroru o tajemniczej wsi, z którą wszyscy opuścili. Powstaje tylko pytanie: Dlaczego? Nie zaprzątamy sobie tym jednak długo głowy i za ostatnim opuszczonym budynkiem odnajdujemy odpowiedni drogowskaz Lifjellet i mapkę okolicy.

Na początku przez dłuższy fragment szlaku idziemy przez las, a potem stopniowo zaczynamy wchodzić na odsłonięte skały, cały czas pod górę. Widoki stają się coraz bardziej rozległe, a zza drzew dostrzegamy widoczne w oddali Stavanger. Po mającej miejsce dzień wcześniej ulewie niektóre z bardziej gładkich kamieni są naprawdę śliskie, ale w pokonaniu najbardziej stromego fragmentu pomagają osadzone w skale łańcuchy. Docieramy do kolejnego drogowskazu, który przedstawia kilka wariantów dalszej trasy – możemy iść na około wzdłuż brzegu Gandsfjordu, krótszą, ale bardziej stromą drogą przez wzgórza albo w stronę jeziora Dalevatnet, z którego również możemy odbić na Lifjellet. Chcąc uniknąć mokradeł (których i tak nie uniknęliśmy kierujemy się na przełaj przez wzgórza.

Stavanger

Stavanger

Na szczycie Lifjellet znajduje się popularny kopczyk z kamieni, do którego przyczepiona jest czerwona metalowa skrzynka z mapą okolicy i zeszytem, do którego oczywiście wpisujemy się, aby poświadczyć swoje przybycie. Kawałek dalej położona jest wieża przekaźnikowa. Wzgórze jest niewysokie, ale wystarcza, aby zobaczyć panoramę całego Stavanger, a nawet widoczne w oddali lotnisko.

Stavanger

Stavanger

Stavanger

Z powrotem wracamy naokoło odbijając w stronę wspomnianego jeziora Dalevatnet. Droga prowadzi ostro w dół, a potem szerszą ścieżką przez las aż do parkingu w Dale.

Stavanger

Cała trasa podobała nam się głównie z uwagi na panującą wokół ciszę i pustkę (bezpośrednio na szlaku spotkaliśmy tylko jedną osobę) oraz całkiem przyjemną około 4-godzinną rekreację. Szkoda, że punkt startowy okazał się takim mało wdzięcznym miejscem.

Oczekując na autobus powrotny spostrzegamy w Dale pierwsze oznaki życia, jednakże wszyscy napotkani ludzie bez wyjątku na pewno nie pochodzą z Norwegii. W autobusie jesteśmy w zdecydowanej mniejszości jeśli chodzi o kolor skóry, w zasadzie jesteśmy jedynymi białymi poza kierowcą. Dopiero bodajże na ostatnim lub przedostatnim przystanku przed dojazdem do Sandnes proporcje lekko się wyrównują. Wieczorem, po powrocie do naszej kwatery nie omieszkamy sprawdzić, jakie jest przeznaczenie tajemniczych budynków znajdujących się w Dale. Dawniej znajdował się tam szpital psychiatryczny oraz dom dziecka, a obecnie jest po prostu ośrodek dla uchodźców. To by wyjaśniało niepokój jaki towarzyszył nam, gdy przybyliśmy w to miejsce.

Największa atrakcja Rogalandu

Celem głównym naszego wyjazdu poza poznaniem samego Stavanger jest zobaczenie Pulpit Rock (nor. Preikestolen). Wznosząca się 604 metry ponad lustrem Lysefjordu, półka skalna w 2011 roku została uznana przez Lonely Planet za jeden z najwspanialszych widoków tuż obok m.in. tak znanych miejsc jak Wielki Kanion, wodospady Victoria Falls czy wieża Sky Tower w Auckland.

O poranku stawiamy się w części portowej zwanej Fiskepirterminalen zlokalizowanej tuż przy „Norwegian Petroleum Museum” i wraz z niewielką grupą innych osób ubranych w stroje trekkingowe pakujemy się na prom osobowo-samochodowy płynący do miejscowości Tau. Następnie autobusem firmy Tide jedziemy kolejne 20 minut z Tau do schroniska górskiego Preikestolhytta (Preikestolen Fjellstue), gdzie startuje szlak prowadzący na Pulpit Rock.

Trekking rozpoczynamy z poziomu 270 metrów. Mimo, że różnica wysokości to tylko 334 metry, a spacer nie jest szczególnie długi to jednak ukształtowanie terenu (droga non stop wznosi się albo opada) sprawia, że wysiłek jaki trzeba włożyć w tą wędrówkę jest większy niż można by początkowo przypuszczać. Widoki po drodze nie powalają, więc nie robimy wielu przystanków. Bez dłuższych przerw dojście na Preikestolen zajmuje około 2 godzin.

Stavanger

Po dotarciu na miejsce spostrzegamy charakterystyczną, kwadratową półkę skalną spadającą stromo w dół… oraz większą niż się spodziewaliśmy ilość osób, które odpoczywają, posilają się i oczywiście fotografują widoczny w dole Lysefjord i siebie na krawędzi skały. Aż strach pomyśleć, co dzieje się tutaj bardziej w sezonie.

Stavanger

Powierzchnia skały jest mocno poszarpana, z licznymi pęknięciami. W wielu miejscach widać metalowe pręty i kliny, które zabezpieczają skałę przed dalszą korozją, jakby podtrzymywały ją przy życiu. Biorąc pod uwagę fakt, że co roku dociera tutaj ponad 100.000 turystów, nie dziwi mnie, że ten cud natury wygląda, jakby miał się za chwilę rozpaść ze zmęczenia… Preikestolen to jedno z najczęściej odwiedzanych i fotografowanych miejsc w Norwegii. Widok z wysokości 604m na znajdujący się niżej Lysefjord jest niczego sobie, ale wdrapując się jeszcze odrobinę wyżej można zobaczyć słynną skałę z innej, szerszej perspektywy.

Stavanger

Trudno ocenić obiektywnie atrakcyjność rozciągających się w wokół Pulpit Rock. Myślę, że to efekt tego, że miejsce to jest tak mocno (może za bardzo?) promowane wśród turystów. Nie wiem, czy słusznie, ale mam wrażenie, że są w Norwegii ładniejsze widoki.

Plusem samego trekkingu jest na pewno to, że szlak mimo dobrych oznaczeń wcale nie jest taki „wygładzony” pod turystów, banalny i oczywisty jak można by było się spodziewać. Bywały momenty że trzeba było zwolnić i chwilę zastanowić się, na którym kamieniu i w jaki sposób postawić bezpiecznie nogę. Po raz kolejny zaskoczyli nas pozytywnie Norwegowie prowadzący po skałach swoje kilkuletnie pociechy, które radziły sobie nadzwyczaj dobrze. Miejscowi stanowią tu jednak zdecydowaną mniejszość. Może tym właśnie różnią się „wielkie atrakcje” od mniej utartych szlaków?

Na prom powrotny z Tau do Stavanger czekamy w niewielkiej, drewnianej poczekalni przyportowej, w której mamy okazję zaobserwować prawdziwą mieszankę narodowościową. Ze spotkania z Pulpit Rock wracają inni Polacy (którzy jak zwykle robią największy obciach), Amerykanie, Japończycy, Francuzi, Norwegowie.

Fajnie było przekonać się, jak wygląda Preikestolen i doświadczyć trekkingu prowadzącego w to słynne miejsce. Nie zmienia to faktu, że na co dzień od najpopularniejszych miejsc i atrakcji wolimy spokojniejsze i mniej uczęszczane trasy.

Północ wygrała

Stavanger uznawane jest za stolicę norweskiego przemysłu naftowego, a dawniej słynące z połowów śledzi ma swój szczególny charakter. Dla mnie sprawia wrażenie miejsca mało atrakcyjnego „turystycznie” i daleko mu do wielu innych miast skandynawskich.

Wszystko to oczywiście jest kwestią gustu i zależy od tego, jaki jest sposób spędzania wolnego czasu preferujemy. Osoby lubiące wizyty w muzeach (my raczej do takich nie należymy) może z pewnością zainteresować Muzeum Ropy Naftowej (czyli Oljemuseum). Uwagę przyciąga już sam nowoczesny budynek muzealny nawiązujący swoją formą do platform wiertniczych. Zanim Stavanger stało się „stolicą ropy”, było stolicą… puszkowanych sardynek. Z historią połowów i handlu tymi rybami oraz produkcji konserw można zapoznać się w Muzeum Konserw (Norsk Hermetikkmuseum), które znajduje się w budynku dawnej fabryki konserw w najstarszej części miasta, między białymi domkami Gamle Stavanger.

Wspomniane muzea (choć z pewnością ciekawe) nie były jednakże celem naszej wizyty. Pragnęliśmy skupić się na wycieczkach poza miastem i spacerach po okolicznych wzgórzach. Niestety pod tym względem Stavanger nas zawiodło – szczególnie w porównaniu z naszym ulubionym norweskim Bergen, które słynie ze wspaniałych gór, które są na wyciągnięcie ręki. Stavanger ma plażę tuż przy lotnisku i wspaniały teren wokół jeziora do całorocznej rekreacji, ale niestety ma mniej dogodne położenie jeśli chodzi o dostęp do ciekawych tras trekkingowych.

Mimo odrobinę mieszanych odczuć związanych z samym miastem, zdjęcia ukwieconych białych domów Gamle Stavanger, spacery wzdłuż portu czy widok Pulpit Rock warte były wizyty w Stavanger. Święto 17 maja dodało kolorytu i oryginalności całemu pobytowi.

I oczywiście jak zawsze już chwilę po wylądowaniu w Polsce jak zwykle zapragnęliśmy wracać z powrotem do Norwegii – może nie do Stavanger, ale tym razem trochę bardziej na północ. Nadal nie przepadamy za zwiedzaniem miast, ale w norweskie góry zawsze z przyjemnością będziemy wracać.

Stavanger

10 Comments

  1. Kasia - W Krainie Smaku
    10 lutego 2013

    Poznaję te miejsca! Byłam tam w październiku! Ale piękne zdjęcia! Jak zawsze

    Odpowiedz
    1. Marta
      10 lutego 2013

      Super! Jakie są Twoje wrażenia z pobytu w Stavanger?

      Odpowiedz
  2. gzik_i_pyry
    19 lutego 2013

    Wspaniałe zdjęcia, chciałbym tam pojechać

    Odpowiedz
  3. Kasia
    20 lutego 2013

    Witam! Mieszkam w Stavanger od ponad dwoch lat. Owszem jest to male miasto, ale idealna baza wypadowa do zobaczenia wspanialych fiordow, morza i gor. Preikestolen to jest tylko poczatek. Proponuje powrocic do Stavanger i zdobyc Kjerag, czy wszystkie 9 wzgorz obok Lifjellet. Niezliczona ilosc wodospadow z Manafossen polozonym najblizej Stavanger. Sirdal oraz Frafiord oferuje przepiekne zakwaterowanie i kolejne mozliwosci wspinaczki. A moze wypad na lodowiec Foglefonn ciebie interesuje? Trolltunga to tez wpaniale przezycie. Moim zdaniem Stavanger nie zawodzi ale takze oferuje niezliczone mozliwosci sportow zimowych i letnich. Zapraszam ponownie!

    Odpowiedz
    1. Marta
      20 lutego 2013

      Dzięki Kasiu za garść inspiracji i zachętę do kolejnego odwiedzenia Stavanger
      oraz okolic!
      Zobaczenie takich miejsc jak Kjerag oraz Trolltunga to jedne z moich marzeń, więc nawet jeśli nie w samym mieście to w okolicach Stavanger jeszcze z pewnością się pojawię

      Odpowiedz
    2. Paulina
      30 lipca 2015

      Witam, mam zamiar wybrać się do Stavanger. Szukam taniego noclegu. Może potrafi mi Pani wskazać jakiś adres, gdzie można się tanio przenocować?

      Z góry dziękuję i pozdrawiam

      Odpowiedz
  4. Beata
    13 listopada 2014

    Właśnie ta pogoda mnie trochę zniechęca, a moja Córka koniecznie chce jechać do Skandynawii, ale zdjęcia piękne:)

    Odpowiedz
    1. Marta
      15 listopada 2014

      Z pogodą nie jest tak źle, jak wielu osobom się wydaje Wiadomo, że zależy to od pory roku, miejsca, a trochę przypadku. Mimo wszystko wiosna i lato to oczywiście najlepszy czas na przyjazd do Norwegii.

      Odpowiedz
  5. Anna
    13 maja 2016

    Polacy – którzy jak zwykle robią największy obciach / hm chyba sama go robiłaś . Wszystko zależy od wychowania i sposobu zachowania człowieka . Tak wlasnie jest jak jakiś „marny polaczek” wyjeżdżający na zwiedzanie postrzega innych swojej narodowości ze swoją wiecznie skwaszoną miną nie potrafiący odpowiedzieć innemu krajanowi zwykłego „cześć” na szlaku . Patrząc na innych napotkanych z róznych stron świata aż miło uśmiechnąć się i pozdrowić radośnie co oni tez odwzajemniają .

    Odpowiedz
    1. Marta
      13 maja 2016

      To prawda, że Polacy generalnie mało się uśmiechają, ale nie uważam, żeby nie potrafili odpowiedzieć „cześć” i zawsze byli niezadowoleni. Mieszkam od ponad 2 lat w Norwegii, codziennie obeserwuję Polaków, więc wiem, że potrafimy się zachowywać bardzo różnie… To, co napisałam było z przymróżeniem oka, a dodatkowo w tej konkretnej sytuacji takie właśnie odniosłam wrażenie. Jeśli nie było Cię wówczas w tym samym miejscu to na jakiej podstawie uważasz, że ja robiłam jakiś obciach? Tak czy inaczej sorry, jeśli uraziłam Twoją dumę.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *