Porto. Przerwa od upałów

Porto

Tegoroczne ferie letnie planowaliśmy początkowo tradycyjnie spędzić gdzieś na Północy Europy – na Islandii, Wyspach Owczych albo po prostu zostać w Norwegii. Kilku pomysłów nie udało nam się niestety wdrożyć w życie, więc ostatecznie postanowiliśmy zaskoczyć samych siebie i wybrać się dla odmiany na Południe – do portugalskiego Porto.

Od pierwszych chwil w Porto nie mogliśmy się powstrzymać od podświadomych porównań do Lizbony, w której spędziliśmy przedłużony, jesienny weekend kilka lat temu…. Pod wieloma względami oba miasta mają oczywiście wiele wspólnego – wąskie, brukowane uliczki, zaniedbane i nierzadko opuszczone kamienice pokryte płytkami azulejos, ogólny nieład, pranie zwisające z okien, bezdomne koty… Być były to tylko pozory, ale w Porto mieliśmy jednak wrażenie nieco większego porządku i bezpieczeństwa, zaś największym zaletą okazało się położenie miasta – nad rzeką Douro, blisko jej ujścia do Oceanu Atlantyckiego.

Gwoli ścisłości, nie jesteśmy miłośnikami plażowania, ale czasu na szwędanie się po Porto mieliśmy aż za dużo, dodatkowo klimat pobliskich miejscowości dość szybko nas znużył, więc korzystając z bliskości Atlantyku, całkiem sporo czasu spędziliśmy na leniwych spacerach nad oceanem, wpatrywaniu się w nieskończony błękit wody i wsłuchiwaniu w kojący szum fal. Portugalskie plaże stanowiły ciekawą odmianę od spokojnych (zazwyczaj) wód Oslofjordu, a ponadto przez tydzień zdecydowanie odpoczęśliśmy od upałów (co za abstrakcja! ;)), które zalewają norweską stolicę niemal bezustannie od dwóch miesięcy.

Porto & Vila Nova da Gaia

Po Porto przemieszczaliśmy się wyłączenie pieszo co z resztą ułatwiała nam strategiczna lokalizacja naszej kwatery – w pobliżu stacji metra Trindade. Wystarczyło tylko kierować się na południe szeroką aleją Avenida dos Aliados prowadzącą od ratusza (Camara Munici pal), przez znajdujący się na południowym jej końcu Praça da Liberdade i chwilę później było już widać górującą nad miastem wieżę kościoła Clérigos (Torre dos Clérigos). W ten sposób docieraliśmy na teren historycznego centrum, zabytkowej dzielnicy Ribeira wpisanej na listę UNESCO, gdzie błądziliśmy siecią wąskich średniowiecznych ulic mijając stare kamienice, małe sklepiki z typowymi portugalskimi produktami i mnóstwo knajpek serwujących miejscowe specjały na czele ze słynną Francesinhą. Zajrzeliśmy na główną stację kolejowej São Bento z 1896, której ściany wewnątrz pokryte są ponad 20 000 niebiesko-białymi azulejos przedstawiającymi sceny z historii Portugalii, oraz do jednej z najsłynniejszych księgarni na świecie – Livraria Lello & Irmão (Lello and brother), której wnętrze okazało się nie mniej interesujące (drewniane kręte schody, witraże), jednak sama jej wielkość, jak również oferta literatury okazała się dla nas sporym zawodem. Pozytywnym zaskoczeniem była natomiast wizyta w Centrum Fotografii (Portuguese Centre of Photography), do którego wstęp w odróżnieniu od wspomnianej księgarni nie dość, że był darmowy, to co najważniejsze znajdująca się w środku kolekcja starych aparatów przerosła nasze najśmielsze oczekiwania.

Każdego dnia zwiedzanie Porto i okolic wieńczyliśmy przejściem przez słynny stalowy most Dom Luís I i wieczornym relaksem na wzgórzu parku Jardim do Morro, gdzie mieliśmy w zwyczaju czekać na zachód słońca i podziwiać widok na rzekę Douro i nabrzeżną dzielnicę Ribeira
Dwupoziomowy most Dom Luís I był w momencie budowy (1881-1886) najdłuższą (172 m) tego typu konstrukcją na świecie. Na obydwu poziomach znajduje się ścieżka dla pieszych, a po górnym poziomie jeździ metro (linia D, żółta). Most łączy Porto z Vila Nova da Gaia (administracyjnie osobne miasto), które słynie z produkcji wina porto. Nad rzeką Douro zacumowane są tradycyjne łódki rabelos którymi transportowane są beczki z winem z winnic położonych Dolinie Douro, gdzie jest produkowane porto, do piwnic znajdujących się ne terenie Vila Nova da Gaia, gdzie trunek dojrzewa. Wiele winiarni oferuje zwiedzanie i degustacje.

Dobrym punktem widokowym jest też znajdujący się nieopodal plac położonego na wzgórzu kościoła i klasztoru Monsteiro da Serra Pilar, z którego widać doskonale całą solidną konstrukcję mostu Dom Luís I oraz zabytkowe zabudowania Ribeiry.
Przyjemnym miejscem na popołudniowy relaks okazały się Ogrody Pałacu Kryształowego (Jardins do Palácio de Cristal), gdzie mogliśmy posiedzieć w cieniu drzew z widokiem na nieco inną stronę rzeki Douro w towarzystwie lokalnej fauny – przechadzających się całymi rodzinami kogutów, kur (!) i dostojnych pawi.

Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia

Smaki Porto

Kuchnia portugalska nie należy do naszych ulubionych, ale uznaliśmy, że przynajmniej raz należy spróbować najpopularniejszego lokalnego specjału Porto. Słynna kanapka Francesinha raczej nie zachęca swoim wyglądem. Dwie kromki tostowego chleba z różnymi rodzajami mięsa, pokryte serem (czasem dodatkowo jajkiem), zatopione w sosie pomidorowo-piwnym i podawane z frytkami. Mniej „fit” i zdrowo chyba już być nie może W smaku Francesinha okazała się niezła, ale jeden raz nam wystarczył. Inne rodzaje wszechobecnych kanapek również do nas nie przemawiały, więc skusiliśmy się tylko na (umiarkowananie dobre) grillowane sardynki i nie mieliśmy większej ochoty na wizyty w lokalnych barach i restauracjach.

Doceniliśmy natomiast lokalne piekarnio-cukiernie, jednakże wcale nie z powodu słodkich wypieków… Wprawdzie na najsłynniejsze portugalskie ciastka pastel de nata (tarta z nadzieniem budyniowym) raz się skusiliśmy, ale najbardziej zasmakowały nam bolinhos de bacalhau (występujące też pod nazwą pasteis de bacalhau, pastel de bacalhau) – ciastka / krokiety z suszonego dorsza (czasem z purre z ziemniaków, dodatkiem sera i szczypiorku). Równie smaczne były dwa inne rodzaje wytranych wypieków – rissóis de carne (duży krokieto-pieróg z mięsem mielonym) oraz chamussas (trójkątne pierożki przypominające indyjskie samosa). Piekarnią, którą szczególnie polubiliśmy za duży wybór i miłą obsługę była Confeitaria do Bolhão (niedaleko targu Mercado do Bolhão) – bardzo polecamy.

Z reguły jednak zamiast kupowania kanapek i ciastek, organizowaliśmy sobie własne portugalskie tapas (petiscos), a w roli głównej był sprawdzony zestaw, w którym rozsmakowaliśmy się kilka lat temu podczas wypadu do Lizbony – portugalski ser (z mleka koziego i owczego), sardynki (puszkowane albo w formie pasty – Patê de sardinha), oliwki oraz vinho verde (opcjonalnie porto), które lubimy za lekki, orzeźwiający smak. Dodatek stanowił pyszny (i diabelnie ostry) sos z papryczek piri piri (ponoć portugalski specjał) oraz świeże warzywa i owoce, w które polecamy zaopatrywać się na Mercado do Bolhão – największym bazarze w Porto.

Podczas naszej wizyty trwał akurat remont dwupiętrowej, starej hali targowej, w której standarodowo mieści się Mercado do Bolhão, ale targ przeniesiony był do nowocześniejszego budynku znajdującego się nieopodal. Byłam z tego powodu niepocieszona, ale na tymczasowym bazarze znaleźliśmy na szczęście wszystko to, czego oczekiwaliśmy – autentyczną atmosferę i dużo większy niż w marketach wybór zarówno świeżych warzyw i owoców, ryb (świeżych i puszkowanych), wędlin, oliwek, serów, przypraw i bakalii. Ciekawymi miejscami na zakup lokalnych produktów mogą być też mniejsze sklepy takie jak Casa Oriental albo dedykowany rybom w puszce (jak sama nazwa sugeruje) Loja das Conservas.

Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia
Porto, Portugalia

Poza miastem. Aveiro i Guimaraes

Korzystając z dogodnych połączeń kolejowych wybraliśmy się do kilku miejscowości poza miastem – do Aveiro, określanego „Portugalską Wenecją”, zabytkowego Guimarães, będącego pierwszą stolicą Portugalii oraz kilku nadmorskich miejscowości.
Porównywanie Aveiro do Wenecji może być dyskusyjne, niemniej jednak to niewielkie, całkiem urocze miasteczko, jest dobrym miejscem na jednodniowy wypad z Porto (ok. godzina jazdy pociągiem). Nieopodal znajduje się także położony nad oceanem kurort Costa Nova znany z ładnych plaż i domków pomalowanych w kolorowe paski.
Po wyjściu z pociągu minęliśmy budynek starej stacji kolejowej pokryty oczywiście kafelkami azulejos, a następnie podążyliśmy w kierunku zabytkowej części miasta na spacer wzdłuż kanałów, po których pływają charakterystyczne dla Aveiro, kolorowe łódki moliceiro z malunkami przedstawiającymi różne sceny z codziennego życia miejscowości albo wizerunki znanych postaci (takich jak np. Eusébio da Silva Ferreira – legenda portugalskiej piłki nożnej). Oryginalnie moliceiro używane były do wyławiania wodorostów z dna laguny, zaś obecnie służą turystom, którzy za odpowiednią opłatą mogą nimi popływać. W jednej z kawiarni zakupiliśmy na spróbowanie kilka sztuk ovos moles (dosłownie „miękkie jajka”) – słodkości charakterystycznych dla Aveiro formowanych w kształty inspirowane życiem morskim – muszelek, ryb i baryłek. Wewnątrz delikatnego białego wafelka znajduje się okrutnie słodkie (jak na nasz gust) nadzienie z żółtek i cukru. Zdecydowanie preferujemy inne portugalskie wypieki.

W Guimarães, pierwszej stolicy Portugalii, spędziliśmy mniej czasu niż w Aveiro. Po wyjściu ze stacji kolejowej udaliśmy się wzdłuż ulicy Avenida Dom João w stronę zabytkowego centrum miasta złożonego z kilku połączonych ze sobą placów, przy których znajdują się stare kamienice i budowle religijne. Następnie udaliśmy się jedynie w kierunku Zamku w Guimarães (Castelo de Guimarães) z X wieku, będącego jedną z głównych atrakcji turystycznych miasta. Zrezygnowaliśmy z innych atrakcji takich jak zwiedzanie Pałacu Braganza (Paço dos Duques de Bragança) oraz wjechanie kolejką linową na wzgórze Penha. Przez chwilę rozważaliśmy pojechanie do znajdującej się niedaleko Bragi – jednego z trzech największych miast Portugalii, ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że czas w Portugalii wolimy spędzić bliżej oceanu.

Aveiro, Portugalia
Aveiro, Portugalia
Aveiro, Portugalia
Guimarães, Portugalia
Guimarães, Portugalia

Nad oceanem. Foz, Matosinhos, Espinho, Vila do Conde

Dość szybko nasyciliśmy się klimatem Porto, więc zamiast chodzić szlakiem barów, kawiarni i restauracji albo organizować sobie wypady do innych miejscowości, woleliśmy spacery promenadą wzdłuż rzeki Douro (w różnych kierunkach) i Oceanu Atlantyckiego.
Na początek wybraliśmy się pieszo z centrum Porto do Foz do Douro, czyli ujścia rzeki Douro, a następnie korzystając z pociągów i metra odwiedziliśmy kilka nadmorskich miejscowości – Matoshinos, Vila do Conde i Espinho.

Wszystkie wymienione „kurorty” były do siebie podobne i miały wiele do zaoferowania – piękne, długie plaże, nadmorską promenadę, ścieżki rowerowe, liczne kawiarnie, bary i restauracje, wypożyczalnie desek surfingowych. Kwestia uroku tych miejscowości, ich czystości czy innego typu zaplecza (np. sanitarnego) pozostawiała w naszym odczuciu już nieco więcej do życzenia, jednakże trzeba przyznać, że największą zaletą były plaże – z rozległymi złotymi piaskami, ciągnące się bez końca i niemal puste (szczególnie przed południem).

W znajdującej się nieopodal Foz do Douro, miejscowości Matosinhos słynącej z ogromnej floty rybackiej, odwiedziliśmy targ rybny Mercado Municipal de Matosinhos (przy stacji metra Mercado). Na parterze można zaopatrzyć się we wszystko to, co wyławiane jest z głębin morskich, zaś na piętrze w warzywa i owoce, a nawet żywe koguty, króliki i gęsi. Plaża w Matoshinos (kilka minut spacerem ze stacji Matosinhos Sul) jest ogromna, a fale odpowiednie do surfingu i bodyboardingu. Północny kraniec plaży wyznacza port rybacki i kontenerowy, a na południowym znajduje się zamek / fort zwany serowym (Castelo do Queijo) – nazwa pochodzi ponoć od skały, która kształtem przypomina blok serowy.

Nieco poza Matoshinos, po drugiej stronie rzeki Leça, za latarnią morską Leça Da Palmeira znajduje się szeroka, malownicza plaża Praia do Aterro, która szczególnie przypadła nam do gustu, więc spędziliśmy na niej chwilę czasu rozkoszując się szumem morskich fal.
Inne miejscowości – Vila do Conde oraz Espinho (dojazd pociągiem) nie różniły się specjalnie atmosferą od Matoshinos. W Espinho najbardziej spodobała nam się ścieżka poprowadzona drewnianą kładką wzdłuż oceanu. Ponoć można z samego Espinho dojść w ten sposób aż do centrum Porto.

Portugalia
Portugalia
Matoshinos, Portugalia
Portugalia
Portugalia
Portugalia
Portugalia
Portugalia
Portugalia
Portugalia
Portugalia

***

Po powrocie do Oslo z jednej strony odczuliśmy ulgę, bo jednak Portugalia to nie są nasze ulubione klimaty, ale z drugiej strony z powodu trudnego do zniesienia gorąca, już pierwszego dnia mieliśmy ochotę wracać Wróciliśmy zadowoleni i wypoczęci, więc wypad latem na Południe Europy nie okazał się (przynajmniej w tym roku) aż takim złym pomysłem – przynajmniej jeśli chodzi o pogodę, która sprzyjała nie tylko relaksowi, ale również długim spacerom.

Ps. Mój mąż deklaruje, że pewnego dnia przygotuje portugalską Francesinha – lepszą od tej, której próbowaliśmy w Porto. Dam znać, jak coś z tego wyjdzie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *