Nowozelandzkie burgerowe szaleństwo

Nowozelandzkie burgeryPodczas niespełna trzech tygodni spędzonych w Nowej Zelandii pochłonęłam więcej burgerów niż kiedykolwiek!
Przyznaję się do tego bez bicia, gdyż mam doskonałe wytłumaczenie.

Po pierwsze burgerownie są w Nowej Zelandii obecne niemal na każdym kroku i cieszą się wśród Kiwi dużą popularnością, więc spacerując po nowozelandzkich miastach oraz mniejszych miejscowościach bardzo łatwo jest trafić na lokal specjalizujący się w tego typu posiłkach.

Po drugie burgery nowozelandzkie są nie tylko przepyszne, ale też zazwyczaj są dobrej jakości.

Wcześniej tego typu jedzenie kojarzyło mi się gównie z amerykańskimi fast-foodami, za którymi nie przepadam. Delikatnie rzecz ujmując. Oczywiście zdarzyło mi się jeść dobre burgery np. w Warszawie (tym bardziej, że burgerownie stają się w Polsce coraz bardziej popularne), ale dopiero w Nowej Zelandii przekonałam się, że taki posiłek może być nie tylko smaczny, ale też, że można czuć się po nim dobrze.

Od pierwszej wizyty w jednym z takich miejsc rozsmakowałam się w tych dużych, wypełnionych do oporu świeżymi dodatkami pysznych burgerach – szczególnie tych z wysoko cenioną nowozelandzką wołowiną.

Dla osób które nie przepadają za czerwonym mięsem, jest dostępnych wiele innych opcji np. burgery z mięsem drobiowym albo wegetariańskie. Ta ostatnia wersja może brzmieć trochę jak profanacja ale… co kto lubi Warto też skosztować wersji z dodatkami takimi jak awokado, buraki czy też papryczki jalapeno. Najlepszym uzupełnieniem są natomiast frytki z nowozelandzkiego słodkiego ziemniaka zwanego kumara.

Ceny burgerów w Nowej Zelandii są dość wysokie, ale dotyczy to właściwie wszystkich artykułów spożywczych. Najtańszy burger kosztuje około 10 NZD, ale zapewniam, że można się najeść porządnie!

Z uwagi na ogromne rozmiary burgerów, nie jest trywialne ich skonsumowanie bez – dosłownie – upaćkania się po łokcie Po kilku wizytach można jednak stopniowo nabrać wprawy, a niektóre lokale takie jak Buregrfuel oferują specjalnie składane, papierowe „łapki”, które ułatwiają trzymanie burgera i ograniczają wyciekanie składników

Burgerowe szaleństwo, jakie nami zawładnęło w Nowej Zelandii doprowadziło do wytypowania trzech burgerowi szczególnie wartych (naszym subiektywnym zdaniem) odwiedzenia.

Pierwszym naszym odkryciem był lokal sieci Burgerfuel, do którego udaliśmy się podczas drugiego dnia pobytu w Auckland.
Porównaliśmy tego burgera z tym serwowanym w amerykańskiej sieci Wendy’s (również obecnej w Nowej Zelandii) i bezsprzecznie doszliśmy do wniosku, że… nie ma z czym porównywać. Dodatkowym plusem są serwowane w lokalu rewelacyjne frytki z kumary. Na wzmiankę zasługuje też ciekawy wystrój pomieszczenia i rockowa muzyka.

Nowozelandzkie burgery

Z Auckland polecieliśmy do Queenstown, gdzie kontynuowaliśmy swoją przygodę z burgerami. Pierwszego dnia naszą uwagę przykuło miejsce o jakże zachęcającej nazwie Devil Burger.
Piekielny wizerunek lokalu sprawił, że nie mogliśmy się oprzeć! No i co? Okazało się, że Burgerfuel był super, ale… diabelski burger jest jeszcze lepszy… Niebo (a może piekło?) w gębie!

W podstawowej wersji burgera znajdziemy takie składniki jak czerwona cebulka, bekon, sałata, wołowina, pomidor, majonez, sos pomidorowy, jednak moim zdaniem szczególnie warty polecenia jest wariant z papryczkami jalappeno.

Nowozelandzkie burgery

Myśleliśmy już, że lepiej być nie może, ale… nie mogliśmy przecież pominąć Fergburgera w Queenstown!
Wystrój lokalu może nie zachęcał tak jak w przypadku Devila, ale ilość klientów, jaka tłoczyła w jego progach codziennie od rana do wieczora musiała mieć przecież jakieś uzasadnienie… Dodatkowo przed wyjazdem zdążyłam już przeczytać co nieco na temat tego słynnego miejsca. Musieliśmy zatem sprawdzić, czy rzeczywiście Fergburger zdoła pokonać samego… diabła.

Postąpiliśmy przebiegle i udaliśmy się do Ferga na śniadanie, żeby znaleźć jeszcze wolny stolik i specjalnie zamówiliśmy najprostszą, można rzec, najbardziej klasyczną wersję burgera.

Największa różnica w stosunku do poprzednich burgerów była zauważalna w bułce, która dzięki lekkiemu podpieczeniu na chwilę przed podaniem, była wspaniale chrupiąca. Dzięki temu zabiegowi nie tylko mięso, ale całość posiłku była przyjemnie ciepła. Składniki sprawiały wrażenie świeżych, a proporcje dodatków były idealne. Być może były to różnice subtelne, ale jednak… Ferg wygrał!

Nowozelandzkie burgery

Nowozelandzkie burgery

Nowozelandzkie burgery

Podróż do Nowej Zelandii nie sprawiła raczej, że staliśmy się fanami burgerów, ale tych nowozelandzkich z soczystą wołowiną, chrupiącą bułką i z dodatkiem świeżych warzyw brakowało nam już od pierwszego dnia po powrocie.

11 Comments

  1. Travellerka
    5 marca 2014

    No nie… jest po 22 a ja zjadłabym tego nowozelandzkiego burgera Potrafisz narobić apatytu

    Odpowiedz
  2. AnnaA-G
    6 marca 2014

    ja też chciałabym zjeść dobrego burgera, nie ukrywam, że lubię, jednak do tej pory udało mi się zjeść w Londynie.

    Odpowiedz
    1. Marta
      6 marca 2014

      Chętnie wezmę od Ciebie namiary na tego londyńskiego burgera, jak będę się wybierać w tamte rejony

      Odpowiedz
  3. monika jall
    6 marca 2014

    Nie jestem fanka burgerow, ale pamietam takiego z jednego dworca autobusowego w Polsce, zawsze z dodatkiem surowki z kapusty, wlasciwie mieszanki roznych kapust. Nie jestem pewna jak tam to szlo, ale smakowalo bardzo dobrze:)

    Odpowiedz
    1. Marta
      6 marca 2014

      Burger z dworca autobusowego nie brzmi dobrze, ale miejsce ma mniejsze znaczenie – najważniejsze, że smakował

      Odpowiedz
  4. Ewa
    6 marca 2014

    Ja mam właśnie taki problem z burgerami, że jeszcze nigdy nie udało mi się zjeść takiego, po którym nie czułabym się źle (nie to, że od razu problemy żołądkowe, ale właśnie jakaś ociężałość) i mi się one zawsze z niezdrowym fastfoodem kojarzą. Chętnie spróbowałabym takiego porządnego i smacznego.

    Odpowiedz
    1. Marta
      11 marca 2014

      Pomimo, że dania takie jak burger czy też frytki kojarzą się głównie z fast-foodem to jednak mogą być smaczne i zdrowe – wszystko zależy od składników i sposobu przygotowania. Może pokusisz się o przygotowanie burgera samodzielnie? Przepis już niedługo pojawi się na blogu…

      Odpowiedz
      1. Ewa
        15 marca 2014

        Widzę właśnie, że jest. Tylko trochę pikantności musiałabym mu odjąć

        PS. Właśnie mnie Twój filtr antyspamowy pokonał, bo w przypływie jakiegoś zaćmienia napisałam mu, że 5+7=13

        Odpowiedz
  5. Hitori
    6 marca 2014

    Hmmm… mnie na burgera długo namawiać nie trzeba. Niestety ma to zgubny wpływ na mój „kaloryfer” który ostatnimi czasy zaczyna bardziej przypominać „bojler” Czas chyba na jakąś siłownię się wybrać :)))

    Odpowiedz
    1. Marta
      11 marca 2014

      Brzuch to raczej głównie od piwa, a nie od burgerów Wiosna idzie, więc już niedługo zrzucisz zbędne kilogramy

      Odpowiedz
  6. Pola
    11 marca 2014

    Na jednego (no, może dwa) bym się skusiła

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *